Agresja ateistyczna
Nasz Dziennik, 2007-08-19
Kampanie antykościelne i antyreligijne "Wprost" to tylko swego rodzaju czubek góry lodowej. Od lat trwa ateizacyjna kampania nienawiści do Boga i Kościoła we wszystkich, dosłownie wszystkich popularnych tygodnikach lewicowych i liberalnych oraz w najbardziej wpływowych dziennikach. Ataki na Kościół i religię w Polsce były i są tym silniejsze, że atakujący już dawno doszli do uzasadnionego wniosku, że mogą uderzać całkowicie bezkarnie. Jak to szczerze wyraził kilka lat temu jeden z "wyzwolonych" od Kościoła artystów Piotr Naliwajka: "Podejmowanie gry z religią rzymskokatolicką nie jest ryzykowne, bo nawet jeśli się sięgnie zenitów wulgarności, brutalności, prowokacji, to człowieka nie może spotkać wielka krzywda. Najwyżej ksiądz nie da rozgrzeszenia, dziecka nie ochrzci (...) Kopanie w chrześcijaństwo jest stosunkowo przyjemnym zajęciem i mało niebezpiecznym". (por. Moje zabawki. Wywiad z Piotrem Naliwajką, "Art & Business", wrzesień 2002).
Już wiele lat temu biłem na alarm, wyrażając zaniepokojenie skalą ataków na Kościół i religię. Kilkakrotnie proponowałem powołanie specjalnego zespołu, który dokumentowałby najbardziej nikczemne wystąpienia antykościelne i antyreligijne i doprowadziłby do przygotowania specjalnej Białej Księgi w tej sprawie. Przez lata jednak nie doczekałem się realizacji mojej propozycji. W tej sytuacji, wraz z kolejnym, jakże złowieszczym i wielostronnym atakiem na Radio Maryja, rozpoczętym miesiąc temu, postanowiłem dłużej nie czekać i zabrać się samemu do przygotowania Białej Księgi pt. "Walka z Kościołem i Narodem w mediach". Wykorzystam w niej latami zbierane przeze mnie materiały, choć zdaję sobie dobrze sprawę z tego, że jest to tylko cząstka dokumentacji na temat obecnej agresji ateizacyjnej. W swej ponad 300-stronicowej książce przygotowywanej do wydania we wrześniu br. staram się przede wszystkim uwzględnić główne ogólnopolskie tygodniki i dzienniki, w niewielkim stopniu przytaczając teksty z mediów elektronicznych i prasy terenowej.
Przeżyłem prawdziwy szok
Przygotowując książkę, w ostatnich tygodniach starałem się ją maksymalnie uzupełnić o najświeższe materiały ilustrujące ateistyczną agresję. I nagle przeżyłem prawdziwy szok! Od dawna zdawałem sobie sprawę z tego, że w Polsce mamy do czynienia z zakrojoną na wielką skalę systematyczną i wyraźnie skoordynowaną kampanią ateizacyjną, dużo groźniejszą niż w PRL. Moje najnowsze zestawienie zebranych materiałów pokazało jednak, że w ostatnim roku kampania ta przybrała na zasięgu i agresywności i jest coraz nachalniej prowadzona. Zauważmy najpierw podstawowy fakt, jaki dobitnie rzuca się w oczy. Poza agresywnie antykościelnymi i antyreligijnymi publikacjami w różnych wpływowych dziennikach - od "Gazety Wyborczej" po ("Der") "Dziennik" - mamy do czynienia z kampanią ateizacyjną we wszystkich wielonakładowych tygodnikach ilustrowanych (od "Wprost" i "Polityki" poprzez "Przekrój", "Newsweek", "Przegląd", nie mówiąc o takich szmatławcach jak "Nie" czy "Fakty i Mity"). By nie być gołosłownym, zacytuję od razu skrótowo kilka jakże wymownych przykładów.
W jednym z najnowszych numerów "Przekroju" (nr 24 z 2007 r.) ukazał się bardzo obszerny trzykolumnowy wywiad z czołowym brytyjskim ateistą Richardem Dawkinsem pt. "Bóg, czyli wielkie zło", atakujący rzekomą szkodliwość wiary w Boga i zawierający rozliczne inne, niezwykle agresywne napaści na religię. Dodajmy, że "Polityka" (nr z 4 sierpnia 2007 r., s. 98) informuje, że nowy naczelny "Przekroju" Jacek Kowalczyk tak został scharakteryzowany przez kolegę z zespołu: "Z wykształcenia polonista, z przekonania ateista". Sama postkomunistyczna "Polityka", szczególnie mocno reklamując, poleca od siebie poprzez odrębną naklejkę na okładce dziko antyreligijną książkę wspomnianego już R. Dawkinsa "Bóg urojony". Postkomunistyczny "Przegląd" (z 12 sierpnia 2007 r.) "częstuje" swoich czytelników całą sześciokolumnową składanką tekstów antyreligijnych: publikacjami Magdaleny Środy, Phila Zuckermana i Andrzeja Dominiczaka. "Newsweek" z 17 czerwca 2007 r. prezentuje atakujący hierarchów Kościoła katolickiego tekst Jarosława Makowskiego: "Bogu co cesarskie", głoszący już w podtytule: "Strategia polskich biskupów, by Dobrą Nowinę zastąpić Dobrą Ustawą, to pierwszy krok do dechrystianizacji społeczeństwa". (Przypomnijmy, że J. Makowski jest współautorem wydanego rok temu wywiadu z atakującym Kościół Stanisławem Obirkiem, jezuitą - odstępcą, który zrzucił suknię zakonną).
Podobne nasilenie ataków na Kościół i wiarę w ostatnim roku znajdujemy w innych dziennikach. "Gazeta Wyborcza" z 10-11 listopada 2006 r. "wsławiła się" publikacją agresywnego tekstu wspomnianego już ateisty R. Dawkinsa "Bronię ateistów", atakującego m.in. "obłędny szacunek, jakim cieszy się religia w społeczeństwie". Z kolei w dodatku do "Wyborczej" - "Wysokie Obcasy" z 25 listopada 2006 r. wydrukowano katolikożerczy wywiad z reżyserem Peterem Greenwayem perorującym, że: "Wszystkie religie są głupie, dziecinne, żałosne". W postkomunistycznej "Trybunie" z 27 listopada 2006 r. czytamy tekst pod wymownym tytułem "Przekleństwo katolicyzmu". Z kolei w dodatku do ("Der") "Dziennika" - "Europa" z 21 lipca 2007 r. czytamy już na pierwszej stronie zapowiedź artykułu ateisty R. Dawkinsa: "Akceptując religię, sprzyjamy ekstremistom". Inny dziennik, "Rzeczpospolita", stara się publikować bardziej zróżnicowane teksty: za Kościołem i przeciw Kościołowi. Wszystko na zasadzie: "Panu Bogu świeczkę i diabłu ogarek!". Tym bardziej zdumiewa jednak ilością tekstów nagłaśniających postać byłego jezuity - odstępcy Stanisława Obirka. Choćby publikowanym tam 15 czerwca 2007 r. jego atakiem na ks. bp. Adama Lepę i na kult Jana Pawła II.
W obliczu zagrożeń tą bezprzykładnie nasiloną agresją ateizacyjną, a zwłaszcza wobec jej tak dużych niebezpieczeństw dla dusz ludzi z młodych pokoleń, najwyższy czas na przebudzenie się chrześcijan i rozpoczęcie szerokiej akcji prostowania ateistycznych kłamstw. Oby mój tekst prezentowany dziś w "Naszym Dzienniku" okazał się skutecznym narzędziem zaalarmowania wierzących Polaków, byśmy się wszyscy zmobilizowali do stanowczego przeciwdziałania akcji wrogów naszej wiary i Kościoła.
Bluźniercze ataki przeciw Bogu
Przyjrzyjmy się bliżej poszczególnym haniebnym wybrykom ateizatorów. Postkomunistyczna "Polityka" zaleciła swym czytelnikom lekturę obrzydliwego ateistycznego gniotu Richarda Dawkinsa "Bóg urojony", zamieszczając swoją zachętę do tej lektury na stronie tytułowej książki brytyjskiego ateisty. Przypomnę więc choć skrótowo, co pisał ksiądz Tomasz Jaklewicz na łamach "Gościa Niedzielnego" z 24 czerwca 2007 r. o powyższej tak reklamowanej przez "Politykę" książce: "Bóg Biblii jest okrutnym maniakiem seksualnym, który każe wyznawcom gwałcić i mordować - twierdzi Richard Dawkins. Uczony zoolog rozprawia się z religią z iście zwierzęcą pasją. (...) Autor bez wątpienia zasłużył na wpis do Księgi rekordów Guinnessa za największą ilość bzdur na temat religii, wypowiedzianych przez uczonego w jednej książce. Rzecz wcale nie w tym, że Dawkins wyznaje i głosi ateizm. Ma do tego prawo. (...) Chodzi o styl. Emocje biorą tu górę nad rzeczową argumentacją i elementarną uczciwością. Używając terminologii bokserskiej, Dawkins cały czas uderza przeciwnika poniżej pasa. (...) Metoda zastosowana przez Dawkinsa jest prosta. Teza, którą zaciekle broni, jest taka: Boga nie ma, religia jest szkodliwym urojeniem ludzkości, dlatego należy ją zwalczać, jedyny prawdziwy obraz świata daje nauka, a zwłaszcza teoria ewolucji. Kto się z tymi zdaniami nie zgadza, jest tępym obskurantem, zmanipulowanym przez bandę religijnych fanatyków. Dla poparcia tych poglądów autor konstruuje karykaturalną wizję religii, a potem drwi: patrzcie, oto wasz Bóg, oto wasza religia, wstydźcie się i nawróćcie na ateizm!
Jeśli Dawkins jako biolog napisałby książkę np. o owadzich nóżkach, posługując się taką metodologią, wykonałby naukowe samobójstwo. Widać, jego zdaniem, religia nie zasługuje na taką samą naukową rzetelność jak świat roślin i zwierząt. Pisząc o religii, można posługiwać się półprawdami, demagogią, przekłamaniami, stereotypami, które nie pasują do z góry przyjętej tezy. Dawkins odpowiada swoim adwersarzom, że pisze z pasją. Owszem, tą pasją jest obrzydzenie do religii. (...) Stary Testament to zlepek amoralnych opowieści, czego autor dowodzi wyrwanymi z kontekstu fragmentami. Nowy Testament też nie lepszy, bowiem idea odkupienia przez wcielonego Boga jest 'znieprawiona, sadomasochistyczna i odpychająca'. Krzyż to 'narzędzie tortur i egzekucji, a mnóstwo ludzi nosi toto na szyi'".
Ksiądz Jaklewicz przytacza w swym tekście jedno z najbezczelniejszych kłamstw R. Dawkinsa - jego twierdzenie, iż: "Hitler nigdy nie wyrzekł się katolicyzmu i twórczo kontynuował chrześcijańską tradycję nienawiści do Żydów". Deptane przez Dawkinsa fakty historyczne mówią coś wręcz przeciwnego. Hitler z całej duszy nienawidził katolicyzmu, czego doświadczały tysiące księży więzionych w nazistowskim obozie koncentracyjnym w Dachau. Wielu z nich zamordowano.
Warto zwrócić uwagę na jedno z najważniejszych spostrzeżeń księdza T. Jaklewicza: "Postawa Dawkinsa jest przykładem dość powszechnej w naukowych środowiskach nietolerancji 'tolerancyjnych', uczynienia z nauki ideologii, w której nie szuka się już prawdy, ale udowadnia złożone tezy za pomocą pewności siebie, hałasu i inwektyw. Może lepiej by było dla niego, dla Oxfordu i dla nauki, żeby pisał o zwierzętach, na których zna się pewnie lepiej niż na religii".
Poglądy Richarda Dawkinsa zostały bardzo nagłośnione również w ogromniastym wywiadzie dla "Przekroju" pt. "Bóg, czyli wielkie zło" (nr 24 z 2007 r.). Wystąpił tam z najskrajniejszymi antyreligijnymi tezami, głosząc m.in.: "Teoria o istnieniu Boga jest wielce szkodliwą teorią, która nie pozwala milionom ludzi na całym świecie uznać prawd odkrytych przez naukowców (...)". Redakcja "Przekroju" szczególnie mocno wyeksponowała te słowa Dawkinsa, podobnie jak jego stwierdzenie na temat polskich katolików: "Mieszkańcy takich krajów jak Polska są oszukiwani przez kapłanów. Polacy zasługują na coś lepszego. Wolałbym, by mniej im mieszano w głowach". Dawkins nie pohamował się przed użyciem obelg wobec wierzących, mówiąc: "(...) Wśród ludzi, którzy w jednakowym stopniu mają dostęp do nauki i wiary w Boga Stwórcę, ci, którzy wybrali wiarę, są głupsi". W poświęconym Dawkinsowi tekście, zamieszczonym obok wywiadu z brytyjskim ateistą, Magdalena Środa zacytowała określenie Dawkinsa na temat religii. Jego zdaniem, religia jest "ewolucyjnym niewypałem - nieszczęsnym produktem ubocznym jakiejś psychologicznej skłonności (...)".
Z reklamą poglądów skrajnego ateisty R. Dawkinsa szczególnie szybko, bo już w numerze z 10-12 listopada 2006 r., pospieszyła "Gazeta Wyborcza". Zamieściła duży fragment z książki Dawkinsa "Bóg urojony", publikując go pod tytułem "Bronię ateistów". Tekst Dawkinsa nie tyle "bronił ateistów", ile zajadle atakował religię, głosząc m.in.: "Religia zajmuje nieproporcjonalnie uprzywilejowaną pozycję w naszych świeckich społeczeństwach". Wychodząc z tego założenia, Dawkins przeciwstawiał się podchodzeniu do religii "z delikatnością", "w rękawiczkach", piętnował "obłędny szacunek, jakim cieszy się religia w społeczeństwie". I tym mocniej perorował o potrzebie umacniania "ateistycznej dumy".
W "Europie" - dodatku do wydawanej przez niemieckiego Springera gazety ("Der") "Dziennik" z 21 lipca 2007 r. - szczególnie mocno wyeksponowano wywiad z R. Dawkinsem, zatytułowany "Akceptując religię, sprzyjamy ekstremistom". Według Dawkinsa: "Różne formy wierzeń religijnych to najpoważniejsze zagrożenie dla naszego bezpieczeństwa i pokoju w świecie. Takie stwierdzenie wydaje się oczywiste, ale wszyscy panicznie boją się powiedzieć, że król jest nagi". (Ten cytat z Dawkinsa redakcja "Dziennika" wyeksponowała w specjalnej ramce poprzedzającej wywiad). Powołując się na teksty Dawkinsa jako rzekomy wyraz przeciwstawienia - "nauka przeciw religii", redaktor "Dziennika" zacytował atak Dawkinsa na tzw. teorię "inteligentnego projektu". Zakłada ona, że "coś tak skomplikowanego jak wszechświat nie mogło powstać w drodze ewolucji, lecz musiało zostać zaprojektowane przez inteligentnego twórcę, którym mógłby być tylko Bóg". Dawkins w typowy dla niego sposób sięgnął do wyzwisk zamiast argumentów, nazywając teorię "inteligentnego projektu" "niedorzecznym, ogłupiającym fałszem". W "Europie" pisano: "Wiara religijna wedle Dawkinsa wcale nie sprzyja moralnym zachowaniom. Wręcz przeciwnie - może skłaniać do nienawiści wobec obcych i aktywnego zwalczania (...). Najwyższy czas - twierdzi Dawkins - byśmy przestali głosić, że wiara jest cnotą".
Znamienne, że we wszystkich tych mediach, w których ukazały się teksty Dawkinsa ("Gazeta Wyborcza", "Przekrój", "Dziennik") - w przeciwieństwie do "Gościa Niedzielnego" - zabrakło prawdziwie stanowczej polemiki z bajdurzeniami brytyjskiego ateisty. Wszystkich przebił jednak autor postkomunistycznego "Przeglądu" Andrzej Dominiczak. W swej recenzji książki Dawkinsa pt. "Ateista patrzy na Boga" ("Przegląd" z 12 sierpnia 2007 r.) Dominiczak ubolewał, że i Dawkinsowi "(...) zdarzają się, choć rzadko, miejsca nieprzemyślane lub takie, w których bezwiednie przytacza fałszywe przekonania na temat religii. Zdaje się sądzić na przykład, że wiara w Boga przynosi pocieszenie. Badania wskazują, że niemal nigdy nie przynosi". Totalny nonsens tego stwierdzenia autora "Przeglądu" nie wymaga chyba żadnego komentarza!
Ogólnie biorąc, Dominiczak panegirycznie wręcz zachwalał książkę Dawkinsa, pisząc, że: "W Polsce książka Dawkinsa ma szczególną zaletę - wynikającą z faktu, że ateistyczne książki i czasopisma (...) nie są dopuszczone do szerokiej sprzedaży. Dawkins trafił pod strzechy, dzięki czemu liczna grupa czytelników może (...) też dowiedzieć się - jak piszą do wydawcy czytelnicy - że 'to nie wstyd być ateistą'". Chwaląc Dawkinsa, Dominiczak akcentował: "Dawkins pisze z pasją, ale jest to pasja naukowca, nie fundamentalisty; opiera się na dowodach - nie odwraca się od dowodów". Jakie to są "dowody", możemy się najlepiej przekonać z omówienia przez Dominiczaka innej części absurdalnych pseudoargumentów Dawkinsa. Jak pisał Dominiczak: "Dawkins omawia wyniki badań, wskazujących negatywny wpływ [!] Pisma Świętego na postawy moralne (...) i badań, w których dowiedziono, że modlitwa za czyjeś zdrowie może zaszkodzić choremu, w którego intencji się modlimy". Takie wyniki rzekomych badań mógł ogłaszać tylko najbardziej zajadły komunista lub równie zacietrzewiony mason!
Swego rodzaju symbolem był tak entuzjastyczny głos o książce Dawkinsa w postkomunistycznym "Przeglądzie" i wyjątkowo mocne, staranne zareklamowanie jej, podjęte ze strony redakcji postkomunistycznej "Polityki", niegdyś organu M.F. Rakowskiego, który doszedł do stanowiska ostatniego pierwszego sekretarza KC PZPR. Redaktorzy "Polityki" polecający czytelnikom książkę Dawkinsa, tak pełną antyreligijnego jadu, najwyraźniej stoją nadal murem przy obronie starego hasła Karola Marksa: "Religia jest opium dla ludu".
Atak na "przekleństwo katolicyzmu"
25 listopada 2006 r. "Gazeta Wyborcza" "zabłysnęła" kolejnym jątrzącym tekstem antyreligijnym. Chodzi o wydrukowaną w dodatku do "Wyborczej" - "Wysokie Obcasy", rozmowę Agnieszki Czajkowskiej z reżyserem Peterem Greenwayem pt. "Boga nie ma, jesteśmy wolni". Greenway w sposób szczególnie niewybredny atakował religię i Kościół. Najbardziej zjadliwy atak przypuścił na Kościół katolicki, zarzucając, że Polskę obciąża "przekleństwo katolicyzmu". Akcentował: "To mnie przeraża w tym kraju. Jestem totalnym ateistą (...). To ludzie wymyślili bogów, a nie odwrotnie. Po co to wam? Nie rozumiem, jak inteligentny człowiek może wierzyć w takie przesądy. No i to poczucie winy, które wmawia swoim wiernym Kościół katolicki. Po co wierzyć w zło i dobro? (...) Idea Boga jest przestarzała".
Jak określić tego typu prostacki atak na religię, w którym nienawistne epitety zastąpiły jakiekolwiek argumenty?! Może niektórzy czytelnicy "Wyborczej" zastanowią się trochę nad intencjami tej gazety, w której od lat sączy się treści niechętne religii i Kościołowi, w których kulminacją były wywiady z R. Dawkinsem i P. Greenwayem. Fakt, że "Wyborcza" robi to wszystko zręcznie, z odpowiednią porcją hipokryzji i kamuflażu. Ta sama gazeta, która wyeksponowała antyreligijnych nienawistników, co tydzień drukowała na swych łamach dodatek o cudach Ojca Świętego. Doprawdy, świetne umiejętności mimikry!
"Gazeta Wyborcza" w ataku na Kościół
Skupione wokół Michnikowskiej "Gazety Wyborczej" środowiska z dawnej tzw. opozycyjnej lewicy laickiej odegrały po 1989 r. szczególnie dużą rolę w wielostronnych atakach na Kościół katolicki, prowadząc przeciw niemu bardzo wyrafinowaną podjazdową "wojnę szarpaną", częstokroć zręcznie kamuflowaną. Warto przypomnieć w tej sprawie chociaż pokrótce historię różnych wyreżyserowanych zwrotów przedstawiających stosunek Michnika do Kościoła. Jeszcze w połowie lat 60. Michnik "wyróżniał się" wśród opozycji stopniem zajadłej niechęci do Prymasa Tysiąclecia, uważanego przez niego za "anachronicznego nacjonalistę" i "reakcjonistę". Jeszcze w 1966 r. Michnik "popisał się" atakiem na list biskupów polskich do niemieckich, drukowanym na łamach ateistycznych "Argumentów". W 1977 r., kiedy opozycji laickiej bardzo, ale to bardzo potrzebne stały się opiekuńcze skrzydła Kościoła, Michnik zaskoczył wszystkich ogromnie samokrytycznym kajaniem się w związku ze swym dawnym udziałem w potępianiu wspomnianego listu biskupów. Napisał m.in.: "(...) w tym anachronicznym spektaklu sam wziąłem udział i na samo wspomnienie czerwienię się ze wstydu. Wstydzę się swojej głupoty" (por. A. Michnik "Kościół, lewica, dialog", Paryż 1977, s. 61). Tamże (s. 31) tak pisał o swoim środowisku lewicy laickiej: "Popieraliśmy politykę represji, często okrutnych, widząc w nich drogę do nowego, wspaniałego świata, oskarżaliśmy Kościół o reakcyjność i wszystkie inne grzechy główne, nie bacząc na to, że w atmosferze totalnego zniewolenia Kościół bronił prawdy, godności i wolności człowieka". W innym miejscu (s. 139) Michnik deklarował: "Tradycyjnie przywykliśmy sądzić, że religia i Kościół to synonimy wstecznictwa i tępego ciemnogrodu. Z tej perspektywy wzrost indyferentyzmu religijnego był traktowany przez nas jako naturalny sojusznik umysłowego i moralnego postępu. Pogląd taki - sam byłem jego wyznawcą - uważam za fałszywy".
Trzeba było czasu i różnych zmian w Polsce, aby Michnik, już z pozycji wszechwładnego pana największego polskiego dziennika, znów powrócił do dawnych idei walki z Kościołem. Okazało się, że mimo tak donośnego bicia się w piersi w wydanej w 1977 r. książce Michnik dalej marzy o maksymalnym nasileniu religijnego indyferentyzmu i ateizmu. Tyle że teraz robi to w sposób niewyobrażalnie bardziej subtelny niż w latach 60., szczególną uwagę poświęcając popieraniu różnego rodzaju podziałów w Kościele, nagłaśnianiu kościelnych dysydentów i odstępców, szczególnie chętnego odwoływania się do próżności niektórych ludzi słabej wiary. Ludzi, którzy w zamian za publikację na łamach "Gazety Wyborczej" (czy "Wprost") gotowi są do maksymalnych odstępstw od zasad wyznawanej przez siebie wiary. Wypróbowaną metodą popularyzowania dysydentów Kościoła stał się wielki cykl "Wyborczej" o kontrowersyjnych postaciach Kościoła. Popularyzowano w nim między innymi osławionego krytyka Papieża Jana Pawła II - niemieckiego teologa Hansa Künga, teologów "wyzwolenia" Gustavo GutiÝrezza i Leonardo Boffa, przeciwników celibatu i teologów-feministki.
Jak "Wyborcza" podważała nauczanie Jana Pawła II
Przeglądając roczniki "Gazety Wyborczej", z łatwością można zauważyć zdumiewającą konsekwencję, z jaką ta gazeta w wyrafinowany sposób podważała nauczanie i autorytet Jana Pawła II. Zastosowane metody były szczególnie niebezpieczne, bo zręcznie ukrywały ukłucia za maską rzekomej czołobitności, kamuflowały podtruwanie dzięki dawkowanym tuż obok pochwałom. Warto przyjrzeć się uważnie wypróbowanej w "Wyborczej" metodzie subtelnego podważania i oczerniania obrazu Jana Pawła II. Metoda ta polega na tym, że obok deklaratywnie powtarzanych sformułowań o wielkości Jana Pawła II jako Papieża wciąż uparcie sączono, i to w dziesiątkach artykułów, przekonanie, że ten Papież jest "zachowawczy", "anachroniczny", "mijający się coraz bardziej z duchem naszych czasów". Ograniczę się tu z konieczności tylko do niektórych wybranych przykładów. I tak na przykład publicysta "Wyborczej" Jerzy Sosnowski zarzucił Papieżowi, iż nie opowiedział się po stronie "Kościoła otwartego". Według Sosnowskiego: "Jest obecnie tajemnicą poliszynela, że przy wszystkich swoich zasługach Jan Paweł II zahamował przeobrażenia współczesnego katolicyzmu" (J. Sosnowski: Poważne pytania, smutne odpowiedzi, "Gazeta Wyborcza" z 13 października 1992 r.). Wcześniej, w artykule "Kościół zamknięty?" ("Gazeta Wyborcza" z 27 maja 1991 r.), Sosnowski posunął się do stwierdzeń o rzekomym "ubóstwie duchowym i intelektualnym polskiego Kościoła, zwłaszcza jego hierarchii" i do określenia wielkiego Papieża Polaka mianem "hipokryty". Sosnowski napisał dosłownie: "Nieśmiałe próby uznania seksualnego aspektu miłości, za cenę utożsamienia i prokreacji (widoczna np. w książce Jana Pawła II "Mężczyzną i niewiastą stworzył ich"), podszyte są natomiast hipokryzją". Dodajmy, że w tymże tekście Sosnowskiego znajdujemy jeszcze m.in. jednoznaczną obronę sceny łóżkowej między Jezusem i Marią Magdaleną w filmie "Ostatnie kuszenie Chrystusa" Martina Scorsese. "Tłumaczy się ona w utworze - według Sosnowskiego - jako urojenie umierającego umysłu i stroni od naturalizmu" i jest wręcz liryczna i baśniowa (!).
Inny publicysta "Wyborczej", Zbigniew Mikołejko, zarzucał Papieżowi patronowanie "nowej kontrreformacji", prowadzenie do "wyraźnego zawężenia granic chrześcijańskiej wolności", ba, uleganie rzekomej pokusie "języka totalnego" (por. Z. Mikołejko: Pokusa pasterskiej czujności, "Gazeta Wyborcza" z 11 października 1993 r.). Tenże Z. Mikołejko zarzucił książce Jana Pawła II pt. "Przekroczyć próg nadziei", że "stanowi sąd nad Rozumem", i z przekąsem pisał o konflikcie między "wiarą chrześcijanina, która jest czymś totalnym, a racjonalną kulturą nowożytną, opartą na osiągnięciach kultury i techniki" (por. Z. Mikołejko: Papież i tajemnice, "Gazeta Wyborcza" z 22-23 października 1994 r.). W innym tekście Mikołejko wyrokował, że: "(...) w myśleniu Jana Pawła II narasta pesymizm wobec dzisiejszej cywilizacji aż po nastroje apokaliptyczne. Odczucie tej przemożności prowadzi zarazem do fundamentalizmu religijnego". Mikołejko wyrażał obawy co do encykliki Jana Pawła II, że "stanie się ona pożywką dla współczesnych kontrreformatorów". Dodajmy, że już na wstępie swego artykułu Mikołejko zapowiadał, że "nauczanie Jana Pawła II trafia na targowisko idei jako jedna z wielu idei do wyboru. I niekoniecznie musi budzić akceptację" (por. Z. Mikołejko: Demokracja śmierci, "Gazeta Wyborcza" z 8 kwietnia 1995 r.). Jeszcze dalej posunął się w krytyce Papieża "wsławiony" licznymi atakami na Kościół i na Prymasa Polski Roman Graczyk (były sekretarz redakcji "Tygodnika Powszechnego"). Graczyk stwierdził bez ogródek: "Skoro Jan Paweł II tak dotkliwie myli się w ocenie polskich realiów, stanowi to zielone światło dla najbardziej fanatycznych opinii w katolickich mediach i na ambonie" (R. Graczyk: Znak sprzeciwu, znak przymusu, "Gazeta Wyborcza" z 1-2 lutego 1995 r.).
Liczne wyrafinowane podjazdy pod adresem Ojca Świętego znajdujemy również w publicystyce Adama Michnika. Zarzucał on Papieżowi różnego typu odmiany konserwatyzmu, między innymi stwierdzając, że: "Jan Paweł II nie lubi zachodniej cywilizacji, w której dostrzega rozbrat ze światem wartości" (por. A. Michnik: O zbawczej i groźnej sile konserwatyzmu, "Gazeta Wyborcza" z 4 listopada 1993 r.). W tymże tekście Michnik wystąpił z obroną przed Papieżem "biednych", zagrożonych "dyskryminacją" komunistów, przypominając, że w odniesieniu do dekomunizacji Papież stwierdził, iż "komuniści powinni odkupić swe złe uczynki i pokazać, że ich nawrócenie na demokrację jest szczere". "Trudno z tym polemizować" - stwierdził Michnik. "Wszelako ta ogólna formuła może okazać się na tyle pojemna, że zmieści w sobie również zgodę na czasową dyskryminację ludzi dawnego reżimu".
Do wyraźnego ataku na Jana Pawła II doszło w "Wyborczej" ze strony jednego z najbardziej znanych publicystów żydowskich Dawida Warszawskiego (Konstantego Geberta), skądinąd jednego z filarów Michnikowskiej gazety. W artykule opublikowanym na łamach "Gazety Wyborczej" (nr 136 z 1991 r.) D. Warszawski szczególnie ostro polemizował ze zdaniem Papieża, wypowiedzianym w kazaniu w warszawskim parku Agrykola: "Wolność, do której Chrystus nas wyzwolił, to jedna droga, druga, to wolność od Chrystusa". Warszawski zaatakował ten fragment homilii Jana Pawła II, nazywając go "ostrą, brutalną alternatywą" i "fałszywą antynomią". Styl ataku D. Warszawskiego na wielkiego Papieża Polaka wywołał zdecydowaną polemikę ówczesnego ministra kultury i sztuki Marka Rostworowskiego (w "Gazecie Wyborczej" z 24 czerwca 1991 r.).
Do podważania nauczania Papieża dochodziło również ze strony Jana Turnaua, kierownika rubryki "Gazety Wyborczej" poświęconej sprawom wiary i Kościoła - "Arka Noego". Będąc katolikiem żydowskiego pochodzenia (jak to kiedyś sam zaakcentował w toku dyskusji w "Więzi"), Turnau mógł tym celniej bronić istoty chrześcijaństwa przeciw fałszywym oskarżeniom, gdyby tylko zechciał naśladować mądrych amerykańskich rabinów - Salomona Rappaporta i Marka Sapersteina, którzy tak umiejętnie obalali w swoich książkach różne katolickie uprzedzenia. Niestety, Jan Turnau wolał wybrać drogę skrajnego filosemityzmu, często wdając się w utarczki ze słusznymi racjami Kościoła, jak o tym później napiszę. Charakterystyczne dla postawy Turnaua było jego niejednokrotne dystansowanie się od "zbyt tradycyjnego podejścia Jana Pawła II i jego encyklik", oczywiście wyrażane w sposób bardzo zręczny i delikatny. Doszło w końcu do tego, że "Gazeta Wyborcza" z 13 listopada musiała zamieścić list księdza Macieja Zachary z Londynu, krytykującego wyraźne uproszczenia i nieścisłości zawarte w sposobie przedstawienia przesłania encykliki papieskiej przez Turnaua. Ksiądz M. Zachara napisał m.in.: "Wyakcentował Pan problem antykoncepcji, zaznaczając, że jest on dyskusyjny i że wielu w Kościele domaga się rewizji nauki 'Humanae vitae', a Papież podtrzymywał doktrynę tradycyjną (...) Pisze Pan także, że podnoszą się głosy, że papieski rygoryzm odpycha wiernych od Kościoła (...) Dlaczego pańskie informacje są tak jednostronne?".
Częstokroć "Gazeta Wyborcza" posługiwała się różnego typu przedrukami dla tym skuteczniejszych ataków mających podważyć nauczanie Ojca Świętego. Na przykład w "Magazynie Gazety Wyborczej" z 27 kwietnia 1994 r. posłużono się wywiadem z jakąś fałszywą katoliczką z USA, zwolenniczką aborcji i antykoncepcji. Niejaka Frances Kissling w wywiadzie dla "Wyborczej" zaatakowała z grubej rury "konserwatyzm" Jana Pawła II, stwierdzając m.in.: "Wizja apolitycznego Kościoła prezentowana przez Jana Pawła II przywodzi na myśl raczej europejską wizję monarchii niż to, co wielu z nas uważa za nieodłączne od Kościoła: równość, sprawiedliwość, brak dyskryminacji kobiet" (por. "Magazyn Gazety Wyborczej" z 22 kwietnia 1994 r.).
Jak red. Pacewicz pouczał Ojca Świętego
Do szczególnie skrajnego ataku na Ojca Świętego doszło w artykule zastępcy redaktora naczelnego "Gazety Wyborczej" Piotra Pacewicza. Po pielgrzymce wielkiego Papieża Polaka do Ojczyzny w 1997 r. Pacewicz "popisał się" stwierdzeniem uznającym Jana Pawła II za nazbyt "polonocentrycznego" (czyli, innymi słowy, kogoś nazbyt ulegającego różnym polskim narodowym mrzonkom). Pacewiczowi bardzo nie podobały się zachwyty Papieża nad "dzielnymi czynami naszych przodków, którzy z Bożym imieniem na ustach rządzili mądrze, a jak trzeba było, wyrzynali najeźdźców" (cyt. za P. Pacewicz: Moja podróż z Papieżem, "Gazeta Wyborcza", 12 czerwca 1997 r.). Redaktor Pacewicz dąsał się i wołał: "Ta lekcja patriotyzmu jednak jest podszyta polonocentryzmem". Co gorsza, Pacewicz uznał, że Jan Paweł II ciężko zgrzeszył przeciw "poprawności politycznej", potępiając najazdy tatarskie na Polskę. I zaczął bezwzględnie strofować "niepoprawnego" Papieża, stwierdzając z oskarżycielską nutą: "(...) W ulubionych przez Papieża wycieczkach historycznych pojawia się niepokojący ton etniczno-religijnej wyższości. Obraz Tatarów spod Legnicy, którzy zgodnie z powszechnym wówczas obyczajem najeżdżali i mordowali, kogo się dało, zbyt gładko wpisuje się w przeciwstawienie dobrych chrześcijan i gorszych pogan. Trzeba być ostrożnym, by nie oddalić się od prawdy i nie obrazić licznych w Europie imigrantów z Afryki, Azji czy Ameryki Południowej, którzy w historycznej pamięci zachowali najeźdźców z krzyżem na piersiach (...)" (por. tamże). Dalej Pacewicz posunął się wręcz do oskarżenia Jana Pawła II o rozpętywanie wojny ideologicznej, stwierdzając: "(...) Jak wezwanie do wojny zabrzmiały słowa: 'Brońcie krzyża! Nie pozwólcie, aby imię Boga było obrażane w waszych sercach, w życiu rodzinnym i społecznym!'. A także wezwanie wypowiedziane w Dukli do rolników, by nie dopuścili do odebrania im chrześcijańskiej godności, 'bo próbuje się to zrobić'. Papież dał do zrozumienia, że ma to związek z mediami. Jak zrozumieją te wezwania ci, którzy zgodnie z regułami myślenia ideologicznego skarżą się na prześladowanie w Polsce Kościoła, wiary, Chrystusa? Jaki wyraz znajdzie aktywność obrońców krzyża? (...) Czy będą pikietować, hałasować, nakręcać histerię? (...)".
Po śmierci Jana Pawła II "Gazeta Wyborcza" bardzo mocno włączyła się swymi tekstami w powszechną żałobę po zmarłym Papieżu. Czy jednak wszyscy w redakcji "Gazety Wyborczej" rzeczywiście szczerze opłakiwali zmarłego Ojca Świętego? Mam duże wątpliwości ze względu na niebywały wybryk zaprezentowany dużo później na łamach "Gazety Wyborczej". Wzięła się ona za reklamowanie na swych łamach inicjatywy Fundacji dla Wolności, która rozpoczęła (w imię rzekomej afirmacji wolności) akcję propagowania osławionych koszulek z nadrukami: "Nie płakałem po papieżu", "Usunęłam ciążę", "Jestem gejem", "Nie chodzę do kościoła", "Mam AIDS" itp. I oto w ramach reklamy tego głupawego pomysłu na łamach "Gazety Wyborczej" z 20 maja 2005 r. ukazał się tekst "Spójrz na innych" promujący koszulkę z nadrukiem "Nie płakałem po papieżu". W zamieszczonym w "Wyborczej" tekście pisano m.in.: "Widzisz wokół siebie niesprawiedliwość, hipokryzję, nietolerancję, o których warto mówić? Możesz zdecydować, o jakich problemach warto zacząć dyskutować. Wymyśl hasło i załóż koszulkę z nim (...) Hasło wybrane przez jury na dzisiaj to: 'Nie płakałem po papieżu'". Hasło nadesłał Paweł Bravo [dziś redaktor "Rzeczpospolitej" - przyp. JRN] z Warszawy. Oto jego uzasadnienie: "(...) ja mam i dla Kościoła, i dla papieża rodzaj życzliwej obojętności, przechodzącej niekiedy w szacunek. Było mi smutno, gdy patrzyłem, jak umierał (...) Nie miałem jednak ochoty na robienie żadnych gestów o 21.37. (...) Zmarły papież to jedna z najważniejszych postaci w historii rozwoju polskiej świadomości zbiorowej XX w., ale nie król. (...) Nad Wisłą jest jednak garstka spokojnych, żyjących na swój sposób godnie i przyzwoicie ludzi, którym papież był i jest obojętny, zarówno jako wzór moralny człowieka, jak i wzór Polaka".
Zamieszczenie tego typu tekstu w "GW" wywołało natychmiast protesty niektórych czytelników. 23 maja 2005 r. "Gazeta Wyborcza" zamieściła w rubryce "Listy" tekst pt. "Każdą śmierć trzeba opłakać" sygnowany przez Dariusza Grzybka. Autor listu pisał m.in.: "Szanowny Panie Redaktorze Beylin. W redagowanym przez Pana dziale 'Gazety Wyborczej' znalazła się reklama koszulki z napisem 'Nie płakałem po papieżu', która to koszulka zwana też 'tiszertem' ma jakoś służyć wolności. Pomijając ogromny temat, jakim jest wolność, pozwolę sobie na pewną uwagę o śmierci, co też jest zresztą poważną sprawą (obaj umrzemy). Nie jest w dobrym stylu chwalić się brakiem żalu po czyjejś śmierci, nawet jeśli był to nielubiany w kręgach liberalnych papież Wojtyła. Każdego człowieka należy choć trochę opłakać (...) Doprawdy obojętność wobec cudzej śmierci, choć nie jest zbytnio szkodliwa, jest w złym guście. Oby nikt i nigdy nie przywdział koszulki z napisem 'Nie płakałem po Beylinie'! Jeśli więcej wolności oznacza zarazem więcej zimnej obojętności wobec człowieka, to bilans chyba wychodzi na zero".
Umieszczona w "Wyborczej" reklama koszulki z nadrukiem "Nie płakałem/am po papieżu" wywołała tym razem ostre krytyki z najprzeróżniejszych stron. Nawet we "Wprost" napisano w tekście "Bomba Wojtyły" Macieja Łuczewskiego (nr z 2 lipca 2005 r.): "Polskim elitom udała się nie lada sztuka, godna najlepszych tradycji radzieckich cyrkowców. Z jednej strony, z dziedzictwem Jana Pawła II zgadzają się w stu procentach, z drugiej zaś - dziwnym trafem mają zupełnie inne niż on poglądy; z jednej strony kochali go nad życie, z drugiej - bardzo nie lubili wszystkiego, co sobą reprezentował. Z tą dziwną gimnastyką najlepiej radziła sobie 'Gazeta Wyborcza'". Na pierwszej stronie płynęły łzy po Janie Pawle II, a kilka stron dalej promowano: "T-shirt dla wolności: Nie płakałem po papieżu". Redaktorzy nie widzieli nic zdrożnego w tym, by zwiększać nakład, drukując album "Nasz Papież", a jednocześnie w sposób najbardziej ordynarny dystansować się od żałoby po "ich papieżu". Znamienne, że od akcji promowania koszulek z dość szczególnymi pseudowolnościowymi nadrukami zdecydowanie odciął się nawet skądinąd tak wyrozumiały dla "Wyborczej" ks. abp Józef Życiński, stwierdzając m.in.: "Obawiam się, że te koszulki nie są demonstracją wolności, ale dokładnym jej zaprzeczeniem" (cyt. za K. Świątek: Zabrania się zabraniać, "Tygodnik Solidarność" z 3 marca 2006 r.).
Sporo protestów wywołało zamieszczone w "Gazecie Wyborczej" z 31 października 2005 r. wspomnienie o Janie Pawle II w rubryce "Którzy odeszli". Jego autor użył tam wręcz oburzającego sformułowania: "Ten wykładowca uniwersytecki z trudem formułujący uczone myśli (...)". Jeden z protestujących, Andrzej Szymczyk (OSP), wysłał przez internet następujące krótkie pismo do rzecznik KUL Beaty Górki: "(...) W poniedziałkowej [31.10.2005] 'Gazecie Wyborczej' na pierwszej stronie przeczytałem wspomnienie o Janie Pawle II. Poraziło mnie, a nawet więcej niż poraziło, stwierdzenie: 'Ten wykładowca uniwersytecki z trudem formułujący uczone myśli...'. Ponieważ mam jeszcze przed oczami wielki transparent na Waszym Uniwersytecie: 'Nasz profesor papieżem', to żywię nadzieję, że w dalszym ciągu jesteście dumni ze swojego Profesora i 'odkrywcze' stwierdzenie 'GW' nie pozostanie bez echa (...)".
Warto przypomnieć tu również dziwne ustosunkowanie się "Gazety Wyborczej" do dość szczególnego wybryku godzącego w postać Ojca Świętego Benedykta XVI, jaki miał miejsce 13 maja 2006 r. w bytomskiej galerii "Kronika". Podczas wernisażu publiczność "uraczono" dużym fotomontażem przedstawiającym uśmiechniętego Papieża Benedykta XVI wznoszącego trzymaną w dłoni odciętą i ociekającą krwią głowę piosenkarza Eltona Johna. Fotomontaż przygotowała czeska grupa "Guma guar". Zdjęto go już po dniu. W tej sprawie doszło do posiedzenia radnych z miejskiej komisji kultury w dniu 13 czerwca 2006 roku. Dzień przed posiedzeniem komisji w "Gazecie Wyborczej" ukazał się tekst Doroty Jareckiej zatytułowany "Papież z Eltonem Johnem, czyli terror wolności" (wg M. Hałaś: Kłamstwo zamiast sztuki, "Gazeta Polska" z 15 lipca 2006 r.).
Jak pisał M. Hałaś w swym omówieniu: "Jarecka pisała, że kierownictwo 'Kroniki' i kuratorzy wystawy zdawali sobie sprawę, że praca jest kontrowersyjna i prowokacyjna, ale gdyby nie pozwolili na jej pokazanie - wystąpiliby przeciw wolności wypowiedzi artystycznej. Wybrali więc mniejsze zło (...) Wystąpili w imię wyższej wartości - wolności sztuki, a teraz część miejskich radnych chce ich pociągnąć do odpowiedzialności. To ulubiony zabieg publicystyczny 'Wyborczej' - przedstawienie sprawców w roli ofiar" (por. M. Hałaś: op. cit.). Warto dodać, że "Wyborcza" zreprodukowała skandaliczny fotomontaż w całym swoim ogólnopolskim nakładzie (por. tamże).
Atak Goldhagena na Benedykta XVI w "Wyborczej"
Za szczególny skandal trzeba uznać wydrukowanie w "Gazecie Wyborczej" z 3-4 czerwca 2006 r. ataku fanatycznego żydowskiego wroga chrześcijaństwa Daniela Jonaha Goldhagena na Ojca Świętego Benedykta XVI. Atak ten zatytułowany "Benedykt zamazuje historię" ukazał się w przekładzie fanatycznego tropiciela antysemityzmu Sergiusza Kowalskiego. Oto kilka fragmentów z tego bezmyślnego, pełnego zafałszowań historii tekstu Goldhagena: "Jednak dobry uczynek, jakim była jego [Benedykta XVI - J.R.N.] wizyta w Auschwitz, przesłoniły słowa, które tam padły, a którym zabrakło szczerości Brandta, pokory Jana Pawła II i wierności prawdzie, którą wszak głosi sam Benedykt XVI. Papież wolał zamazać historię, uciec od moralnej odpowiedzialności, ominąć dość oczywisty polityczny obowiązek. (...) Benedykt nie umiał przyznać, że Auschwitz był fabryką śmierci zbudowaną głównie z myślą o Żydach. (...) Historyczne fałszerstwo Benedykta, jakim jest chrystianizacja Holocaustu, jest skandaliczne moralnie także dlatego, że zaciemnia kłopotliwą prawdę o katolickim Kościele - wszystkie europejskie Kościoły uczestniczyły po cichu, a czasem czynnie w prześladowaniu Żydów. Powodowani antysemityzmem papież Pius XII, biskupi niemieccy, biskupi francuscy, przywódcy polskiego i innych Kościołów popierali prześladowanie Żydów, bądź do niego wzywali (choć nie popierali ludobójstwa). Ale niektórzy - jak Kościół słowacki i chorwaccy księża - opowiadali się za masowymi mordami - a nawet w nich uczestniczyli. Tak i na inne jeszcze sposoby papież Benedykt XVI pozrywał i pogmatwał związki między Kościołem i chrześcijaństwem a Holocaustem (...). Wreszcie spytał, gdzie był Bóg - pytanie godne księdza. Co interesujące, nie spytał, gdzie był wtedy Kościół. Słowa Benedykta o tajemnicach wiary zaciemniają najbardziej kontrowersyjne zachowania Kościoła i Piusa XII w czasach Holocaustu: dlaczego nie przemówili, dlaczego nie zrobili więcej, żeby pomóc Żydom (...) Wybielając przeszłość - oczyszczając zarówno niemieckich sprawców, jak i Kościół, uniwersalizując Holocaust, nie będący wedle papieża głównie żydowskim doświadczeniem - cofnął on wskazówki zegara, przecząc temu, co przed nim ogłosił Kościół katolicki: że Kościół musi uporać się ze swym antysemickim dziedzictwem (...). A nade wszystko (...) Kościół winien wyznać swoje grzechy i wyrazić skruchę".
Oburzający był fakt, że "Wyborcza" nagłośniła na swych łamach tekst Goldhagena będący faktycznie bublem paszkwilanckiej antykatolickiej publicystyki. Dla Polaków bublem tym bardziej oburzającym, że szkalował przywódców Kościoła katolickiego w Polsce, którzy rzekomo "popierali prześladowanie Żydów, bądź do niego wzywali". Nie tylko że nie było przypadków tego typu ze strony polskich hierarchów, lecz wręcz przeciwnie, wielu z nich narażało się na maksymalne zagrożenia, wspierając lub nawet organizując potajemną akcję ratowania Żydów, tak jak metropolita krakowski arcybiskup książę Adam Sapieha. Haniebnym oszczerstwem było stwierdzenie Goldhagena, jakoby "powodowany antysemityzmem" Papież Pius XII "popierał prześladowanie Żydów, bądź do niego wzywał". Przypomnijmy, że w pierwszych latach po wojnie bardzo liczni przedstawiciele społeczności żydowskiej bardzo gorąco dziękowali Piusowi XII za jego pomoc dla Żydów, że żydowski historyk Lapide oceniał, iż dzięki różnorakim działaniom i interwencjom Piusa XII uratowało się aż 800 tysięcy Żydów! Wbrew kłamstwom Goldhagena Auschwitz nie był zbudowany z myślą o Żydach - przez pierwszy rok wśród jego więźniów dominowali Polacy. Goldhagen zafałszowuje obraz historii XX w., stawiając ponad wszelkie inne cierpienia tylko holokaust Żydów. Zagłada kilku milionów Żydów była tylko małą częścią ogromnych ludobójczych mordów, których ofiarą padło w XX w. blisko 200 milionów ludzi, od Ormian po mieszkańców Kambodży i Rwandy. Oburzającym fałszem jest wreszcie pisanie przez Goldhagena o rzekomych związkach między Kościołem i chrześcijaństwem a holokaustem. Zagładę Żydów, podobnie jak milionów innych ludzi, w tym wielu księży katolickich, realizowali nazistowscy ateiści w służbie ateistycznego ludobójcy A. Hitlera. Podobne dzieło ludobójczej zbrodni wykonywali gdzie indziej NKWD-owscy ateistyczni ludobójcy w służbie ateistycznego zbrodniarza J.W. Stalina. Skandalem jest, że redaktorzy "Wyborczej", dobrze wiedząc o tych faktach (vide A. Michnik - historyk z wykształcenia), opublikowali tekst D.J. Goldhagena - prawdziwy śmieć antykatolickiej publicystyki.
Cząstkowo, acz z opóźnieniem, na atak Goldhagena przeciw Kościołowi katolickiemu i Benedyktowi XVI odpowiedziała w "Gazecie Wyborczej" prof. Anna Wolff-Powęska. W tekście "Auschwitz - krzyk i milczenie" ("Gazeta Wyborcza" z 17-18 czerwca 2006 r.) zarzuciła Goldhagenowi fałszywe interpretowanie myśli Papieża Benedykta XVI i akcentowała: "Przypisywanie Kościołowi udziału w Holocauście to ogromne nadużycie. Nie ma prostej zależności między postawami antysemickimi wielu chrześcijan a komorami gazowymi". Pozwolę sobie wyrazić się dużo mocniej - to nie tylko "ogromne nadużycie", lecz ogromna podłość, podobnie jak oskarżenie o popieranie nazistowskiego prześladowania Żydów przez polskich biskupów czy Piusa XII. I nie ma usprawiedliwienia dla wydrukowania tak podłego tekstu w "Wyborczej". Najbardziej się dziwię jednak temu, że o ile się orientuję, nikt ze znaczących postaci polskiego Kościoła nie wystąpił przeciw tego typu publikacji. Czyżby już tak przyzwyczajono się do nagminnego obrzucania Kościoła błotem, że nie ma już sił na potrzebną ostrą reakcję wobec kolejnych nikczemności?!
Michnika ataki na Kościół
Na początku lat 90. sam naczelny "Wyborczej" zaczął przechodzić do coraz ostrzejszych napaści na Kościół w Polsce, a zwłaszcza atakował poglądy reprezentowane przez Episkopat. Pokazywał przy tym wyraźnie wykrzywiony obraz Kościoła. Tak było np. w jego bardzo ostrym polemicznym tekście "Rozmowa z integrystą" ("Gazeta Wyborcza" z 7 listopada 1992 r.). Według Michnika, po powstaniu rządu T. Mazowieckiego: "(...) zaczęła się nowa epoka. W wypowiedziach niektórych biskupów, a zwłaszcza w głosach polityków popieranych przez tych biskupów, pojawił się nowy ton. Oto odezwał się Kościół triumfujący po zwycięstwie, który tylko sobie przypisywał zasługę. Inni okazywali się być niewdzięcznikami i wrogami Kościoła, religii, Chrystusa, skoro nie odpowiadała im zasada nauczania religii w szkole, skoro sprzeciwiali się kryminalizacji aborcji, skoro nie odpowiadał im projekt wpisania do ustawy o środkach masowego przekazu i konstytucji obowiązku 'poszanowania wartości chrześcijańskich', skoro krytycznie wypowiadali się o aktywnym zaangażowaniu biskupów w kampanię wyborczą. (...) Episkopat przemówił językiem twardych żądań, a na krytyczne uwagi odpowiedział językiem wojny religijnej, krucjaty. (...) W ten sposób kształtuje się wizja Kościoła jako swoistego nad-urzędu [podkr. A. Michnika], który władny jest decydować praktycznie o wszystkich sferach życia publicznego i indywidualnego. (...) Każda próba instytucjonalizacji norm katolickich w system rygorów prawnych regulujących obyczajowość 'wspólnego domu' godzi w zasady społeczeństwa otwartego; jest politycznym fundamentalizmem i prowadzi do dyktatury".
W umieszczonym powyżej cytowanego artykułu krótkim tekście Michnik krytycznie ustosunkował się do niektórych sformułowań świeżo zakończonej 258. Konferencji Episkopatu, krytykującej m.in. to, że "nagłaśnia się wszelkie próby podważenia wartości chrześcijańskich, a nawet z pogardą mówi się o krzyżu, modlitwie i podstawowych zasadach moralnych, uznawanych przez ogromną większość społeczeństwa". W komunikacie zapytywano: "Czy niektóre laickie kręgi niechętne kulturze chrześcijańskiej mają prawo zamazywać i ośmieszać wartości chrześcijańskie oraz wartości polskiej kultury narodowej? (...) Okres przejściowy, w którym znalazła się nasza Ojczyzna, wymaga wyjątkowej mobilizacji ducha dla przeciwstawienia się zarówno cynizmowi kwestionującemu wartości moralne, jak i próbom ośmieszania tradycji narodowych". Stwierdzenia komunikatu Episkopatu wyraźnie zdenerwowały Michnika w myśl zasady "na złodzieju czapka gore!". Ostro polemizując z nimi, pisał: "Rodzą się niewesołe pytania: czy biskupi zgromadzeni na 258. konferencji Episkopatu próbują przywrócić cenzurę? Czy postulują stosowanie represji wobec krytyków katolicyzmu? Czy rzeczywiście rezerwują dla siebie prawo orzekania, co jest, a co nie jest w pluralistycznym społeczeństwie wartością moralną; co przynależy do polskiej kultury narodowej? Czy biskupi kwestionują prawo posłów do wydawania ustaw, które są sprzeczne z politycznymi opiniami Episkopatu? Chcę wierzyć, że są to pytania retoryczne, uzasadnione wyłącznie niezręcznymi sformułowaniami komunikatu konferencji plenarnej Episkopatu".
W tymże tekście Michnik polemizował ze stwierdzeniami skierowanego do niego listu ks. bp. Kazimierza Romaniuka, publikowanego w "Gazecie Wyborczej" z 20 października 1992 r. Ksiądz biskup z oburzeniem pisał o publikowanym w "GW" z 6 października 1992 r. antykościelnym artykule niejakiego Sławomira Mazurka, który zawierał - jak sam Michnik przyznawał - "ton wyższościowy i agresywny". W związku z publikacją tak agresywnego tekstu Mazurka w "Wyborczej" ks. bp K. Romaniuk pisał do Michnika: "Coraz trudniej będzie nam wierzyć w to, że Pan nie zwalcza ludzi wierzących - dokładnie katolików. A jeśli już musi Pan to czynić, to niech Pan chociaż ich szanuje". Odpowiadając na list księdza biskupa, Michnik wybraniał prawa swojej gazety do publikowania wszelkiego typu krytycznych tekstów, bo "wolność jest niepodzielna".
Także w późniejszych latach Michnik niejednokrotnie powracał w swej publicystyce do krytykowania Kościoła za rzekomy "triumfalizm", sięganie po jak największe przywileje, mówienie językiem "krucjaty". W tekście "Kościół - prawica - monolog" ("Gazeta Wyborcza" z 27-28 marca 1993 r.) Michnik pisał: "Polska pozostaje katolicka w swej istotnej części, choć byłoby okropne, gdyby stać się miała 'katolickim państwem narodu polskiego'. (...) Zwycięstwo nad komunizmem Episkopat uznał za własne zwycięstwo [podkr. A. Michnika]. Było coś zdumiewającego i zawstydzającego w przypisywaniu sobie wszystkich zasług, w żądaniu wdzięczności, w bezwzględnym dążeniu do narzucania swej woli w każdej dziedzinie życia publicznego. (...) Nagle okazało się, że Kościół (...) jest zupełnie nieprzygotowany do pełnienia swej misji w demokratycznej Polsce. (...) Sięgnął po język i wzory epoki minionej. (...) Dla wielkiej części katolickiego duchowieństwa powrót wolności oznaczał po prostu powrót do przywilejów i do realnego wpływu na władzę w państwie. (...) Kościół przemówił językiem monologu, monolitu, krucjaty".
W innym tekście, komentującym wywiad Jana Pawła II dla włoskiej "La Stampy", Michnik alarmował: "Język Kościoła, który dzisiaj u schyłku XX wieku raczej przestrzega przed herezją, niż namawia do dialogu ze światem i raczej zbliża się do ducha Soboru Trydenckiego niż do klimatu 'aggiornamento' Soboru Vaticanum II, może łatwo wpisać się w retorykę katolickiego integryzmu, który wciąż myśli o 'katolickim państwie narodu polskiego'". Według Michnika, zwycięstwo integryzmu "byłoby znakiem regresu i drogą do marginalizacji Kościoła katolickiego w Polsce" (por. O zbawczej i groźnej sile konserwatyzmu, "Gazeta Wyborcza" 4 listopada 1993 r.).
W artykule A. Michnika "Polak w trakcie szkody" ("Gazeta Wyborcza" z 23-24 kwietnia 1994 r.) mogliśmy przeczytać zarzuty, że "tonem dominującym w Kościele po 1989 r. była retoryka triumfalizmu i obsesja zagrożenia duchem laickiego państwa".
Michnik atakował biskupów katolickich również poza swoją gazetą, w nagłośnionych wywiadach dla różnych mediów. Oskarżając biskupów w wywiadzie dla "Wprost" z 4 października 1992 r., głosił: "Wyczuwam w niektórych wypowiedziach naszych biskupów po pierwsze ton krucjaty, a po drugie przekonanie, że to nie prawo jest ponad nimi, ale że oni są ponad prawem. Ten ton stawiania siebie ponad prawem, własnej nieomylności, własnej bezgrzeszności, wydaje mi się niebezpieczny".
Biskupi byli łajani przez Michnika (czy tylko "pouczani") za najprzeróżniejsze rzeczy. Na przykład w wywiadzie dla "Tygodnika Powszechnego" (nr 30 z 1992 r.) Michnik zarzucił biskupom, że są nazbyt wstrzemięźliwi "w obronie ludzi stających lub mogących się stać obiektem nagonki, choćby to byli komuniści". Widać było, co jest głównym problemem dla Michnika - obrona "biednych, nieszczęśliwych komunistów", chyba po to, by nie odebrano im tak wielkich dóbr zawłaszczonych kosztem Narodu. Ewa Polak-Pałkiewicz, pisząc w "Nowym Świecie" z 9 października 1992 r. o stosowanych przez Michnika "protekcjonalnych połajankach biskupów", stwierdzała, że "'Gazeta Wyborcza' pragnie, aby w Polsce panował duch miłosierdzia. Jeśli jakiegoś biskupa skarci, to wyłącznie, by pouczyć go, czego czynić nie należy".
Akcentując rzekomą groźbę zdominowania życia w Polsce przez Kościół, Michnik starannie reżyserował w swej gazecie wzbudzanie paniki przed rzekomymi ogromnymi ambicjami Kościoła, zagrożeniem powstania państwa wyznaniowego w Polsce. Odwoływał się w tym celu do odpowiednio mocnego sukursu "autorytetów" z zagranicy. Szczególne znaczenie w tym względzie miał opublikowany 11 maja 1991 r. w "Gazecie Wyborczej" tekst noblisty Czesława Miłosza "Państwo wyznaniowe? Rozważania o teokracji, państwie wyznaniowym i prawie naturalnym". Jak wyznawał pod koniec tekstu C. Miłosz, "mój artykuł podyktowała troska o zachowanie gotowości, otwarcia, tak aby zapobiegać zastygnięciu w strukturach odziedziczonych, które mogą sprawić, że wymiar religijny stanie się dla ludzi w Polsce niedostępny i nawet wstrętny z powodu błędów triumfalizmu". W kilka miesięcy potem - 24 sierpnia 1991 r. - "Gazeta Wyborcza" opublikowała nawiązujący do artykułu Miłosza tekst Leszka Kołakowskiego "Krótka rozprawa o teokracji". Kołakowski, niegdyś fanatyczny stalinowski gromiciel Kościoła i religii, teraz zaczął w swym tekście bić na alarm przed rzekomą groźbą zintensyfikowania nacisku Kościoła na prawodawstwo, przed ekspansją "wszystkiego, co jest w Kościele nadęte, aroganckie i bardzo z siebie zadowolone". Ostrzegał przed takimi w Kościele, "co by się chętnie pisali na karierę inkwizytorów". Lansował zupełnie niemające żadnych podstaw w realiach polskich obawy przed wejściem chrześcijaństwa na drogę "podobną w formach samoutwierdzenia do teokracji irańskiej".
Michnik przeciw o. Kolbemu
Michnik i jego kompani z "Wyborczej" wyraźnie skłonni byli wciąż do przedstawiania ponurego, wymyślonego przez nich zdeformowanego obrazu Kościoła katolickiego w dobie II Rzeczypospolitej. By przypomnieć choćby stwierdzenie Michnika w artykule na łamach "Gazety Wyborczej" z 3-4 września 1994 r., głoszące, iż "część duchowieństwa katolickiego z zastanawiającą łatwością powraca do języka z lat 30.: prostackich schematów, ksenofobii i nietolerancji, nierozumnego przekształcania kościelnej ambony w polityczną trybunę". Ze szczególną niechęcią Michnik odnosił się do postaci jednego z największych ludzi Kościoła w Polsce w XX wieku - św. o. Maksymiliana Kolbego, prawdziwego bohatera naszych czasów. Michnik wyrokował na jego temat, przedstawiając ojca Kolbego w sposób zdeformowany, zarzucając, że w jego sylwetce rzekomo można dostrzec również oblicze ksenofobii i antysemityzmu, "patronowanie pismom prymitywnym, krzewiącym religijną nietolerancję i etniczną nienawiść". W jednej z wypowiedzi Michnik określił o. Kolbego jako "endecki zrost żarliwej religijności z agresywną ksenofobią" (por. A. Michnik, J. Tischner, J. Żakowski, "Między panem a plebanem", Kraków 1995, s. 177). Nieważne przy tym dla Michnika było również to, że abp J. Życiński, którego zawsze wychwalał, jednoznacznie stwierdził absurdalność zarzutów antysemityzmu kierowanych przeciw o. Kolbemu. Nieważne dla Michnika było także to, iż rzekomy antysemita o. Kolbe udzielił, począwszy od grudnia 1939 roku, schronienia w Niepokalanowie 1500 Żydom, uchodźcom z Wielkopolski. Nieważne dla Michnika były też pochwalne wobec o. Kolbego słowa Eugene Zolli, b. wielkiego rabina synagogi w Rzymie, który znalazł się niegdyś w gronie Żydów, którym o. Kolbe udzielił schronienia w Niepokalanowie. Nieważne były wspomnienia byłego żydowskiego więźnia Auschwitz Sigmunda Gersona, który określił swojego współwięźnia o. Kolbego jako "księcia wśród ludzi". I pisał, że "jego serce było wielkie dla wszystkich, niezależnie od tego, czy ktoś był Żydem, czy katolikiem".
Jak Michnik oczernił Prymasa Tysiąclecia
Kto uważnie przeczyta książkę "Między panem a plebanem", ze zdumieniem przekona się o tym, jak wielkie pozostały nadal, nawet w latach 90., uprzedzenia A. Michnika do wielkiego Prymasa Polski kardynała Stefana Wyszyńskiego. Naliczyłem, że w wypowiedziach Michnika nazwisko Prymasa Tysiąclecia pojawia się kilkadziesiąt razy w negatywnym kontekście (por. s. 69, 72, 73, 76, 77, 92, 93, 108, 110, 129, 134, 146, 173, 220, 223, 225, 241, 252, 277, 295, 296, 316, 318, 322, 331, 356, 384, 498) - Michnik krytykuje Prymasa Tysiąclecia jako reprezentanta "starego przedsoborowego, zimnego Kościoła" (por. "Między panem a plebanem", Kraków 1995, s. 69). Krytykuje go za "absurdalną koncepcję", "polegającą na oddaniu Polski w niewolę Maryi" (s. 72). Zarzuca mu "nowomowę" (s. 76), twierdząc, że "jego język był barokowy, hieratyczny, oderwany od życia" (s. 76). (Nie wyjaśnił tylko, dlaczego miliony Polaków były urzeczone tym rzekomo "oderwanym od życia językiem".) Michnik twierdził, że "wczesne listy powojenne [Episkopatu i Prymasa Polski - J.R.N.] były pisane trochę drewnianym językiem. Barokowym, hieratycznym. Czuło się pióro kardynała Wyszyńskiego" (s. 129). Według Michnika, w obrazie świata rysowanym przez kardynała Wyszyńskiego "nie było miejsca na pluralistyczną wizję polskiej kultury" (s. 223). Michnik twierdzi, że "Wyszyński nie lubił i nie rozumiał kultury Zachodu. (...) W jego pismach nie znajdziesz pozytywnego odniesienia do współczesnej kultury zachodniej" (s. 241). Zdaniem Michnika, kardynał Wyszyński "dość nerwowo reagował na wszelkie katolickie nowinki" (s. 223), zakazał ukazywania się pisma "Concilium" (s. 223, 252). Reasumując swe uwagi krytyczne o kardynale Wyszyńskim, Michnik stwierdził, że była w nim "wielkość i anachronizm", a "język, którym Kardynał mówił, był językiem czasu minionego" (s. 225).
W licznych miejscach Michnik ubolewał, że kardynał Wyszyński był krytyczny wobec KOR i masonów (por. s. 277, 295, 296, 316, 318). Według Michnika, w 1981 r. kardynał zachowywał się jak człowiek bardzo chory, "który niewiele już rozumie" (s. 322).
Michnik miał oczywiście pełne prawo do dawania swojej krytycznej wizji poglądów Prymasa. Nie miał jednak prawa uciekać się do podłej insynuacji, jakiej dopuścił się na s. 331 cytowanej książki. Stwierdził tam, że władze Jaruzelskiego już miesiąc po powołaniu jego rządu w 1981 r. uznały, iż "(...) muszą jednocześnie pokazać aparatowi, że są pryncypialni i twardzi. Najlepiej było to zrobić przedstawiając zarzuty Kuroniowi i Michnikowi. Aparatowi to się podobało, Prymasowi się podobało, Rosjanie im dziękowali (...)". W oparciu o jakie dowody Michnik insynuował, że Prymasowi Tysiąclecia mogło podobać się wysunięcie zarzutów prokuratorskich przeciw komukolwiek z opozycji? Jak Michnik mógł wystąpić z oszczerczym pomówieniem, że kardynał Wyszyński mógł się cieszyć z powodu aresztowania kogokolwiek przez władze komunistyczne? Jak można określić taką insynuację, wyssaną z niezbyt czystego palca Michnika?
Napaści "Wyborczej" na Prymasa Polski J. Glempa
Brak miejsca nie pozwala tu na wyliczenie wszystkich, tak licznych i tak różnorodnych ataków na hierarchów katolickich, które wyszły spod pióra A. Michnika i jego dobranych kompanów z "Wyborczej". Ograniczę się tylko do niektórych z tych napaści dla zasygnalizowania problemu wymagającego dużo pełniejszej analizy w przyszłości. Faktem jest, że najskrajniej i najczęściej atakowano w "Gazecie Wyborczej" Prymasa Polski Józefa Glempa, wyraźnie znienawidzonego przez Michnika. Czegoż to Prymasowi nie zarzucano w "Wyborczej", w jej ulubionym tonie insynuacji i pomówień? Oskarżano Prymasa Polski o rzekomy "serwilizm" wobec władz komunistycznych w przeszłości i o tolerowanie "antysemityzmu", o skrajny konserwatyzm i zachowawczość, o traktowanie wolności raczej jako zagrożenia niż szansy etc. Już w sierpniu 1989 r. rozpoczęto pierwszą wielką nagonkę "Gazety Wyborczej" na Prymasa Glempa.
Nagonka zaczęła się od wydrukowania w "Gazecie" z 29 sierpnia 1989 r. skrajnie zdeformowanego wyboru fragmentów z kazania Prymasa Polski na Jasnej Górze 26 sierpnia 1989 r. w obronie klasztoru Karmelitanek. W "Gazecie Wyborczej" jednoznacznie zafałszowano wymowę kazania Prymasa Glempa, podając z niego głównie uwagi krytyczne wobec Żydów, tych, którzy wtargnęli na teren klasztoru, i tych, którzy upowszechniają antypolonizm w środkach przekazu. Równocześnie zaś pominięto z obszernego kazania Prymasa dłuższe fragmenty akcentujące zarówno piękniejsze karty polsko-żydowskiego współżycia w przeszłości, jak i eksponujące szczególną potrzebę i znaczenie wzajemnego dialogu, wzajemnego pojednania. Wykorzystując nieznajomość pełnego tekstu kazania Prymasa Polski na Jasnej Górze przez ogromną część czytelników "Gazety Wyborczej", przedstawiono go dzięki pominięciom i równoczesnemu wyeksponowaniu paru fragmentów krytyczniejszych wobec Żydów jako rzekomy tekst antyżydowski. Redaktorzy "Gazety Wyborczej" w manipulowaniu skrótami tekstu Prymasa Polski postąpili jeszcze bezczelniej niż starzy fałszerze z PRL w 1965 r. z listem biskupów polskich do biskupów niemieckich. Tamci zniekształcili wymowę jednego zdania, w "Gazecie Wyborczej" zdeformowano i zafałszowano całe kazanie Prymasa przez "odpowiednie" pominięcia (szczegółowo przedstawiłem najważniejsze opuszczone fragmenty w moim szkicu "Jak 'Gazeta Wyborcza' walczy z Kościołem" (2), "Nasza Polska" z 13 stycznia 1999 r.).
"Odpowiednio" skrócony i zdeformowany tekst kazania Prymasa opatrzono komentarzem katolewicowego publicysty Krzysztofa Śliwińskiego, który wyraźnie stał się wówczas głównym snajperem "Gazety Wyborczej" w atakach na racje chrześcijańskie i polskie. Śliwiński pisał, nadając obłudny ton całej późniejszej nagonce na Prymasa: "(...) z żalem i bólem wysłuchaliśmy tych słów Prymasa Polski. (...) Użyte przez Księdza Prymasa sformułowania - wbrew intencjom nawet - grożą zranieniem głęboko uczuć wielu tych, którzy są potomkami i braćmi ofiar Holocaustu. I nawet przekonanie o potędze 'szanownych Żydów' w środkach masowego przekazu trudno przyjąć jako usprawiedliwienie słów, które zadają realny, a nie sztuczny papierowy ból" (por. "Gazeta Wyborcza" z 29 sierpnia 1989 r.).
Tak zafałszowany obraz wystąpienia Prymasa Polski poszedł w świat, służąc nabierającej coraz większego wigoru kampanii antykatolickiej i antypolskiej. Kilka dni później ukazał się w "Gazecie Wyborczej" (na s. 5, a nie jak zdeformowany tekst Prymasa i tekst Śliwińskiego na 1) list Tadeusza Fredry-Bonieckiego, protestujący przeciwko "zupełnie fałszywej interpretacji homilii Prymasa Polski", która była "wezwaniem do pojednania się". Tekst Tadeusza Fredry-Bonieckiego zawierał jednak tylko część pominiętych fragmentów kazania, ukazując m.in. bez większości sympatycznych dla Żydów passusów o stosunkach polsko-żydowskich. "Gazeta Wyborcza" nigdy nie wydrukowała pełnego tekstu homilii Prymasa Glempa - przekreśliłoby to bowiem i skompromitowało jej manipulację. Tak rozpoczęto z powodzeniem metodę fałszów, później wypróbowaną między innymi przy deformowaniu kazania księdza prałata Henryka Jankowskiego.
We wrześniu 1989 r. "Gazeta Wyborcza" bardzo konsekwentnie kontynuowała rozpoczętą przez siebie nagonkę na Prymasa Polski, dalej skrajnie tendencyjnie informując o jego stanowisku w sprawie Sióstr Karmelitanek. 9-11 września w "Wyborczej" ukazał się tekst "Świat o klasztorze", podpisany KS (znów Krzysztof Śliwiński), o jednoznacznie krytycznej wymowie wobec stanowiska Prymasa Polski i z wyraźną presją na rzecz usunięcia klasztoru Karmelitanek z Oświęcimia. W "Gazecie Wyborczej" przy różnych okazjach wyraźnie urabiano klimat niechęci wobec Prymasa Glempa, wciąż nawiązując krytycznie do jego kazania z 26 sierpnia 1989 r. Zrobił to m.in. A. Michnik w "Wyborczej" z 15 września 1989 r. 18 września 1989 r. "Gazeta" zamieściła pseudowybór "odpowiednio" dobranych wypowiedzi "autorytetów", wyraźnie sugerujący konieczność usunięcia karmelitanek z Oświęcimia. Najpierw dano tekst Czesława Miłosza, postulujący, aby karmelitanki "w imię współpracy między wyznaniami, w imię dobra kraju" wycofały się z tego miejsca. Potem można było przeczytać wypowiedź Marka Edelmana, akcentującą m.in.: "Dziwię się kardynałowi, który jest przecie, jakby nie było politykiem i prowadził tutaj politykę kościelną. (...) Udzielanie wypowiedzi, które sprawiałyby wrażenie antysemickich, robi złe wrażenie, a T. Mazowieckiemu szalenie utrudnia sytuację".
Ze skrajnymi napaściami na Prymasa Polski wystąpił znany z żydowskiego fanatyzmu Dawid Warszawski. Napisał on w "Polityce" (nr 36 z 1989 r.), iż "homilia Prymasa Glempa ma (...) tę zaletę, że zawiera skrót tego, co od lat liczni obserwatorzy - w tym i ja - nazywali podglebiem, na którym odradza się polski antysemityzm". W tym samym mniej więcej czasie Warszawski zamieścił atak na Prymasa Polski w amerykańskim piśmie lewicowym "New Leader", stwierdzając m.in.: "W ubiegłym miesiącu Prymas Kardynał Glemp wygłosił antysemicką homilię. Niektórzy obserwatorzy upatrują w wystąpieniu Glempa krok w stronę utworzenia ruchu nacjonalistycznego, bardziej podatnego na sugestie ze strony Prymasa i jego czołowego doradcy antysemity Macieja Giertycha niż 'Solidarność' (...) (por. K. Gebert: O antysemityzmie uczciwie, "Po prostu", 12 lipca 1990 r.). Przedstawiający się zwykle jako żydowski publicysta, Warszawski nagle wystąpił jako "polski publicysta" w amerykańskim czasopiśmie żydowskim "Tikkun" (nr 6 z 1989 r., t. IV), by tym mocniej uderzyć w Prymasa Glempa, którego poglądy określił z właściwą sobie "elegancją pióra" jako "aroganckie i głupie".
Prymasa Polski J. Glempa niejednokrotnie atakowano na łamach "Wyborczej" również w następnych latach. Szczególnie skrajny, pełen niebywałej napastliwości atak na niego zamieścił Roman Graczyk w "Wyborczej" z 12-13 marca, wkrótce po wyborze J. Glempa na przewodniczącego Episkopatu wiosną 1994 r. Z jakimż oburzeniem darł wówczas szaty na łamach "Gazety Wyborczej" kierownik jej rubryki kościelnej "Arka Noego" Jan Turnau, za nic nie chcąc się pogodzić z tak przykrym dlań ponownym wyborem Prymasa Polski J. Glempa na przewodniczącego Episkopatu. Turnau napisał expressis verbis: "(...) zdecydował lęk przed otaczającym światem, kompleks oblężonej twierdzy" ("Gazeta Wyborcza" z 12-13 marca 1994 r.). Pół roku później w tejże "Gazecie Wyborczej" doszło do najbardziej absurdalnego ataku na Prymasa Glempa. Cytowany już Roman Graczyk (notabene były sekretarz redakcji "Tygodnika Powszechnego") najbezczelniej w świecie przyrównał Prymasa Polski Józefa Glempa do zbuntowanego konserwatywnego arcybiskupa Lefebvre'a i posunął się do uznania Kościoła katolickiego w Polsce za "lefebryzujący". Graczyk napisał dosłownie: "(...) Porównanie stanowiska polskiego Kościoła z myślą abp. Lefebvre'a skłania do refleksji: nasz Kościół wprawdzie nie jest 'lefebrystowski', lecz 'lefebryzujący' (R. Graczyk: Co boskie, co cesarskie, "Gazeta Wyborcza" z 29-30 października 1994 r.).
Ataki "Wyborczej" na innych hierarchów
Na łamach "Gazety Wyborczej" rozsiane są również rozliczne inne ataki na hierarchów Kościoła katolickiego, którzy z tych czy innych powodów nie pasowali do "religijnych" czy raczej "antyreligijnych" gustów redaktorów tej gazety. Najczęściej, po wielekroć, atakowany był na łamach "Gazety Wyborczej" obecny przewodniczący Episkopatu ksiądz arcybiskup przemyski Józef Michalik. Michnik i jego kompani redakcyjni wyraźnie nie mogli darować arcybiskupowi Michalikowi jego tak silnych wystąpień na rzecz jednoznaczności wyborów, potępienia relatywizmu moralnego i permisywizmu, a także tak zdecydowanego łączenia obrony wartości chrześcijańskich z afirmacją polskości i patriotyzmu. Szczególnie często atakowano arcybiskupa Michalika za jego jednoznaczne stwierdzenie: "niech katolik głosuje na katolika" etc. Nie chciano mu darować jednoznacznego przeciwstawienia się żądaniom całkowitej apolityczności Kościoła (por. np. tekst R. Graczyka w "Gazecie Wyborczej" z 1-2 lipca 1995 r.). Wyobraźmy sobie, czym byłaby Polska w przypadku postulowanej przez "Gazetę Wyborczą" całkowitej apolityczności Kościoła, gdyby w przeszłości zastosowali się do tego wymogu tacy ludzie Kościoła, jak słynny pijar Stanisław Konarski, Stanisław Staszic, Hugo Kołłątaj, kardynał Adam Sapieha, kardynał August Hlond, kardynał Stefan Wyszyński, ksiądz Jerzy Popiełuszko etc. Redaktor "Wyborczej" Łukasz Ramlau 3 czerwca 1997 roku wystąpił ze szczególną furią przeciwko arcybiskupowi Michalikowi za jego ostrą krytykę masonerii. Przeciwstawił przy tym arcybiskupowi Michalikowi wyraźnie różniący się z nim w wymowie głos arcybiskupa Józefa Życińskiego (por. bardzo ciekawy komentarz Z. Bradla w "Głosie" z 4 czerwca 1997 r., ostro piętnujący manipulację "Gazety Wyborczej" w tej sprawie).
Do szczególnie ostrego ataku przeciw arcybiskupowi Michalikowi doszło w "Gazecie Wyborczej" z 30 sierpnia 2000 r. w artykule Marka Beylina "Bliźni inaczej". Nieprzypadkowo zadanie przypuszczenia frontalnego ataku przeciw postaci i poglądom ks. abp. Michalika powierzono akurat Markowi Beylinowi, od dawna znanemu z dość szczególnej tendencyjności. Niejednokrotnie z wielką werwą atakował on ludzi o niepodważalnych wysokich standardach moralnych i ideowych, tym chętniej za to wybraniając najbardziej nawet skompromitowane środowiska postkomunistyczne, w tym m.in. stalinowskiego mordercę sądowego - prokurator Helenę Wolińską. Główna część ataku Beylina koncentrowała się na tym, iż ksiądz arcybiskup nie potrafi jakoby odpowiednio ocenić homoseksualistów i traktuje ich jako ludzi "pogubionych moralnie". Według Beylina, ks. abp Michalik odnosi się do homoseksualistów z irytacją, nie traktuje ich jako równorzędnych bliźnich, widzi w nich "bliźnich inaczej". Arcybiskup Michalik nigdzie nie głosił tezy wyrażającej wątpliwości co do tego, że homoseksualiści są naszymi bliźnimi. Każdy wie, że zgodnie z nauką chrześcijańską naszymi bliźnimi są wszyscy ludzie na świecie, dobrzy i źli, mądrzy i głupi, ludzie wszystkich orientacji seksualnych, a więc także homoseksualiści, ekshibicjoniści, pedofile, zoofile, nekrofile, sadyści i masochiści. Tyle tylko, że miłość bliźniego, którą duchowni i wierni wyrażają na co dzień, nie może oznaczać obojętności wobec względów moralnych czy skrajnie bezkrytycznego podejścia - jak sugerowałby Beylin. Kościół nigdy nie może i nie chce pogodzić się z próbami agresywnego, triumfalistycznego manifestowania orientacji seksualnej.
Na łamach "Gazety Wyborczej" niejednokrotnie występowano przeciwko rozlicznym innym hierarchom katolickim. Z braku miejsca ograniczę się tu do przytoczenia tylko kilku przykładów tego typu napaści "Wyborczej". Niejednokrotnie atakowano jednego z najbardziej zasłużonych w walce z komunizmem, a po 1989 r. w ewangelizacji Polski, wielkiego przyjaciela Radia Maryja ks. bp. sandomierskiego Edwarda Frankowskiego. Między innymi zaatakowano go w "Gazecie Wyborczej" z kwietnia 1997 r. piórem Aleksandra Małachowskiego za wypowiedź rzekomo zawierającą "sporo obelżywych słów skierowanych przeciw ludziom odpowiedzialnym za odrodzenie się wolnej ojczyzny Polaków". W wypowiedzi telewizyjnej na temat działacza KOR i jednego z czołowych masonów Jana Józefa Lipskiego z 8 marca 1994 r. Michnik posunął się do jawnie oszczerczych uwag na temat biskupa radomskiego Edwarda Materskiego, cynicznie wzywając go do "rachunku sumienia" za swą niechęć do Lipskiego. Kłamstwa Michnika wywołały otwarty protest kierownictwa Klubu Inteligencji Katolickiej w Radomiu z prezesem Janem Rejczakiem na czele, sekretarzem Klubu Anną Krzesimowską i kapelanem ks. Jerzym Banaśkiewiczem. W liście do naczelnego redaktora "Gazety Wyborczej" (nr z 25 marca 1994 r.) stwierdzili oni m.in.: "Niepomiernie boli Pańska niewiedza, kłamstwo bądź cynizm, bo przecież nie tylko dziennikarska nierzetelność. (...) Wobec tak niewybrednego i kłamliwego ataku, żądamy przeproszenia Biskupa Radomskiego". Z podobnym protestem wystąpiła do "Gazety Wyborczej" grupa kapłanów radomskich na czele z kanclerzem kurii radomskiej ks. Maciejem Pachnikiem. Wyraźnie irytował redaktorów "Wyborczej" niejednokrotnie ostro krytykujący kłamstwa lewicowych i liberalnych mediów łódzki biskup ks. Adam Lepa. Stąd wywodził się m.in. atak Łukasza Ramlaua na ks. bp. A. Lepę po kolejnej wypowiedzi hierarchy, stanowczo broniącej Kościoła przeciw oszczercom (por. Ł. Ramlau: Stronniczy przegląd prasy, "Gazeta Wyborcza" z 27 marca 1995 r.). Znamienne, że Ramlau próbował kontrować ks. bp. A. Lepę przez cytat z wywiadu biskupa T. Pieronka, komentując: "Na szczęście głos Kościoła może brzmieć normalnie". I tu właśnie zaczepiamy o ulubioną metodę "Gazety Wyborczej" - tj. nagminne przeciwstawianie paru szczególnie często przywoływanych w Michnikowskiej gazecie "otwartych" i "nowoczesnych hierarchów" (bp. T. Pieronka i abp. J. Życińskiego). Wielokrotnie próbowano ich przeciwstawiać w "Wyborczej" rozlicznym innym biskupom i arcybiskupom, łącznie z Prymasem Polski jako rzekomo "zachowawczym", "anachronicznym" etc. Zresztą taktykę tę stosowano nie tylko w odniesieniu do biskupów, lecz także poprzez coraz częstsze w ostatnich latach przytaczanie wypowiedzi "postępowych duchownych", jak długoletni agent SB (przez 24 lata) ks. Michał Czajkowski czy obecnie już odstępcy od Kościoła, b. jezuita Stanisław Obirek i b. dominikanin Tadeusz Bartoś.
Wyrafinowane metody "Wyborczej" celnie opisał kiedyś publicysta "Tygodnika Solidarność" Krystian Brodacki. Pisząc o systematycznych działaniach "Wyborczej", zmierzających do ciągłego "podgryzania religii i Kościoła", red. Brodacki zwrócił uwagę na szczególną perfidię stosowanych przez "GW" praktyk. Pisał, że w "Wyborczej" szeroko opisuje się wszystkie pielgrzymki papieskie, przedrukowuje niektóre homilie i ważniejsze dokumenty kościelne, tak że "w natłoku tych tekstów czytelnik-nowicjusz nie zauważa być może, że sąsiadują one z artykułami czy recenzjami antychrześcijańskimi, antykościelnymi, antypapieskimi".
Brodacki wspominał m.in. o stosowanej w "Wyborczej" metodzie przeciwstawiania jednych duchownych, księży i hierarchów, innym, popularyzowania głosów otwarcie sprzeciwiających się stanowisku Papieża wobec celibatu, aborcji czy teologii wyzwolenia, głosów bagatelizujących zagrożenia ze strony sekt (np. tekst T. Boguckiej z 25 czerwca 2000 r. "Nie sekujmy sekt"). Według Brodackiego, "przez stosowny dobór tematów, bohaterów i cytatów 'Gazeta' otwarcie występuje przeciw chrześcijaństwu i Kościołowi, zwłaszcza w artykułach poświęconych kulturze. (...) Zachwyt 'Gazety' budzi poezja, w której Bóg występuje jako 'nic, które jest w górze', proza, w której na Boże Narodzenie bohater udziela ślubu psom, mówiąc: 'co człowiek złączył, pies niech nie rozdziela'" (por. K. Brodacki: Nabijanie w religię, "Tygodnik Solidarność" z 7 lipca 2000 r.).
Wyrafinowana taktyka "Wyborczej" przynosi niewątpliwe rezultaty. Świadczy o tym już sam tak wymowny fakt, że ciągle istnieje spora grupa wierzących katolików, chętnie czytających "Gazetę Wyborczą" i naiwnie przełykających kolejne porcje antykościelnych trutek, podawanych im w zręcznie rozwodnionej papce. W codziennym pośpiechu liczni czytelnicy "Wyborczej" bardzo często nie zauważają wyraźnej systematyczności, z jaką organ Michnika pracuje dla urabiania ich w antykościelnym duchu.
Poparcie Turnaua dla fanatyka Wiesela
Wymieniałem już rozlicznych redaktorów "Wyborczej" na czele z A. Michnikiem, pokazując ich dość szczególny "wkład" w podważanie pozycji Kościoła i wartości chrześcijańskich. Warto jednak wspomnieć osobno o jakże wydatnych "zasługach" w tym względzie dwóch znanych piór "Wyborczej": Jana Turnaua i Romana Graczyka. Turnau, kierownik rubryki "Wyborczej" poświęconej Kościołowi i wierze - "Arka Noego", niejednokrotnie "odważnie" wyrażał swe ostre zastrzeżenia wobec różnych hierarchów i Prymasa Polski. Pisałem już uprzednio, jakim bólem napełnił go kolejny wybór Prymasa Polski na przewodniczącego Episkopatu. "Odważnie" nie ukrywał swoich zastrzeżeń wobec różnych stanowisk Episkopatu. Na przykład w artykule "Kościół. Konstytucja, konsekwencje" Turnau pisał: "Wciąż nie pojmuję, skąd bierze się zawarte m.in. w liście Episkopatu podejrzenie, że neutralność państwa może znaczyć agnostycyzm i relatywizm". Z właściwą sobie gorliwością do powielania różnych antykościelnych racji Turnau wystąpił z obawami przed powrotem religii do szkół, stwierdzając: "Lękam się, że powrót katechezy w mury szkolne będzie odbierany jako umacnianie się sojuszu ołtarza z tronem" ("Gazeta Wyborcza" z 4 sierpnia 1990 r.). Przy różnych okazjach Turnau występował z obawami, aby dziś nazbyt "nie nadużywano" krzyża. W sporze o krzyż papieski na Żwirowisku jednoznacznie poparł stanowisko antychrześcijańskiego fanatyka Elie Wiesela, pisząc: "(...) Przede wszystkim boję się, że nasza walka o krzyż nie wyjaśni znaczenia tego symbolu, ale go zaciemni Żydom i nam. Niech na tamtej szczególnej ziemi - jak zresztą proponuje Elie Wiesel - nie będzie żadnych symboli" (por. "Gazeta Wyborcza" z 13-14 lipca 1996 r.).
Wspomniany już przeze mnie wcześniej skrajny filosemityzm J. Turnaua znajdował upust w wynurzeniach typu: "Czcimy w szczególności jeden naród - Izrael, którego Maryja jest dla chrześcijan symbolem". Polemizując z takim żądaniem szczególnej czci dla Izraela, Mirosław Roszkowski pisał na łamach "Niedzieli" (nr 2 z 1995 r.) w artykule "Jeszcze o 'Arce Noego'": "Symbolem ogromnej większości Izraela może być zaś Szaweł z Tarsu, przeciwnik Chrystusa i Jego Kościoła. I ta cześć w oczach chrześcijan czci nie wzbudza. Może tylko ze strony samego pana redaktora Turnau, jakby z tytułu czwartego przykazania, ze względu na przodków, o których kiedyś wspomniał". Była to aluzja do żydowskiego pochodzenia J. Turnaua, o którym wspomniał przed paru dziesięcioleciami w dyskusji w "Więzi". Skrajnie "zatroskany" o nieurażanie uczuć Żydów jakoś niewiele przejmował się obrażaniem uczuć chrześcijan. Jakże wymowny pod tym względem był fakt, że Turnau wystąpił na łamach "Wyborczej" przeciwko przeorowi z Jasnej Góry po jego ostrej wypowiedzi, krytykującej publiczną profanację wizerunku Matki Bożej Częstochowskiej poprzez pokazanie Jej i Dzieciątka Jezus w maskach przeciwgazowych. Pod nagłówkiem "Przeor obraża 'Wprost'" Turnau napisał m.in., iż oskarżenie ze strony przeora pod adresem "Wprost" jest "absolutnie niewspółmierne do błędu i obraźliwe".
Wykazując bardzo wiele zastrzeżeń wobec różnych zachowań Kościoła, Turnau odznaczał się wręcz przedziwną predylekcją do usprawiedliwiania poglądów godzących w nauczanie Kościoła. W 1998 r. pozwolił sobie na przykład na skrajne usprawiedliwianie poglądów świeżo potępionego przez Kongregację do spraw Wiary jezuity de Mello, którego poglądy bardzo ostro zderzały się z nauką Kościoła. Na tle tych dość jednoznacznych zachowań Turnaua nie zadziwia opinia wyrażona na jego temat w "Najwyższym Czasie" (nr 46 z 1993 r.) przez Mariana Miszalskiego (obecnie redaktora katolickiej "Niedzieli"). Pisał on, zwracając się do pana Turnaua: "Coś mi się zdaje, że pan też cieszył się, że Polak został Papieżem, ale wolałby pan, żeby to był Geremek". Miszalski nawiązał tak do słynnego dowcipu z czasów, gdy Jan Paweł II został Papieżem. Pytano Gierka, czy cieszy się, że Papieżem został Polak. Na to Gierek: "Wicie, rozumicie, że się cieszę, ale wolałbym, żeby to był Babiuch".
Warto zaznaczyć, że Turnau szczególnie "wyróżnił się" w toku różnych napaści "Wyborczej" na Radio Maryja. Jak pisał o tym "Nasz Dziennik" z 3 sierpnia 2007 r. w tekście "Komentarze 'Gazety Wyborczej'": "A ma ów komentator [tj. Turnau - J.R.N.] do Radia Maryja i wszelkich osób z nim związanych wyraźną, niepoprawną słabość. Nieustannie nasłuchuje, co się mówi w Radiu i o Radiu, natychmiast wszystko wychwytuje, komentuje z prędkością światła i podziwu godną pewnością siebie".
Tropiciel katolickiego "zacofania"
Najskrajniejszym i zarazem najpłodniejszym z antykościelnych zagończyków "Gazety Wyborczej" był Roman Graczyk. Co ciekawe, był on poprzednio sekretarzem redakcji katolewicowego "Tygodnika Powszechnego". Na tym stanowisku odegrał wielce niechlubną rolę, cenzurując prawicowe teksty Kisiela (Stefana Kisielewskiego), doprowadzając do konfiskaty szeregu jego felietonów przez redakcję "Tygodnika Powszechnego" ("sroższych od państwowych, bo nie zaznaczonych" - jak podkreślił Kisiel w "TP" z 18 czerwca 1989 r.). Kisiel oskarżył wręcz Graczyka o "namiętną niechęć do ludzi inaczej myślących czy zajmujących się sprawą 'Solidarności' w sposób inny niż on". I konstatował: "Kto mówi inaczej, ten szkodnik i zatkać mu gębę! - oto credo Graczyka" (por. felieton Kisiela "Złe ptaki i prorocy przy urnie", "Tygodnik Powszechny" z 18 czerwca 1989 r.). W końcu zdesperowany Kisiel, po bezskutecznych błaganiach, by w redakcji przestano cenzurować i konfiskować jego felietony, odszedł z bólem pod koniec swego życia z redakcji, do której był tak przywiązany przez dziesięciolecia. (Ciekawe, jak wybielacze "Tygodnika Powszechnego" wyjaśnią rolę naczelnego tego tygodnika Jerzego Turowicza, bez którego aprobaty bezwzględne "cenzorskie" działania Graczyka byłyby nie do pomyślenia.)
I właśnie tenże Graczyk po wylądowaniu w "Gazecie Wyborczej" szybko stał się tam głównym specjalistą od czarnej roboty na odcinku walki z Kościołem katolickim, szczególnie wyspecjalizowanym w tropieniu katolickiego "fundamentalizmu" i "zacofania". Na dziesiątki można wyliczyć jego artykuły atakujące z grubej rury Kościół katolicki w Polsce, Prymasa Polski i biskupów katolickich in gremio, kolejne listy Episkopatu, liczne katolickie autorytety intelektualne, a "w razie potrzeby" i Ojca Świętego. By przypomnieć choćby tekst Graczyka z krytyką "Słowa biskupów" z 27 listopada 1992 r. ("GW" z 20 grudnia 1992 r.), atak na list pasterski Episkopatu z 27 grudnia 1992 r. ("GW" z 21 marca 1993 r.), ataki na komunikaty z kilku Konferencji Plenarnych Episkopatu Polski w latach 1990 i 1991 ("GW" z 14 listopada 1992 r.), atak na "Słowo z Jasnej Góry" z 26 sierpnia 1995 r. ("GW" z 8 listopada 1995 r.).
Co najważniejsze: Graczyk konsekwentnie sięgał do najskrajniejszych kłamstw dla podparcia swej antykościelnej tendencyjności. Na przykład w "Gazecie Wyborczej" (nr 2 z 1995 r.) głosił, jakoby "powrotowi religii do szkół towarzyszył powszechny opór". Jak wyglądał ten Graczykowski "powszechny opór", wykazał polemizujący z Graczykiem ks. Tadeusz Panuś, stwierdzając w oparciu o dane GUS ze stycznia 1991 r., że na religię zapisało się 95,8 proc. uczniów szkół podstawowych i średnich (por. tekst ks. T. Panusia w "GW" z 18 stycznia 1995 r.). Wśród najbardziej absurdalnych Graczykowych zarzutów pod adresem Kościoła znalazło się stwierdzenie, iż "jedną z przyczyn, dla których wciąż nie mamy dobrej konstytucji, jest postawa Kościoła" (por. "GW" z 4 marca 1996 r.).
Być może powie ktoś, że przesadzam, pisząc o niebywałej, fanatycznej wręcz skrajności Romana Graczyka, o cechującej jego publicystykę lawinie antykościelnych kłamstw i pomówień. Zacytuję więc opinie innych autorów o Graczyku, począwszy od jednego z filarów katolewicy - "Tygodnika Powszechnego" - ojca Macieja Zięby. W obszernym tekście pt. "O szufladkowaniu Kościoła" ("GW" z 23 maja 1994 r.) zdemaskował on wielką ilość absurdów, uproszczeń i fałszywych interpretacji występujących u Graczyka. Ojciec Zięba stwierdził wprost: "Jeśli opisuje się świat tylko czarnym i białym kolorem, można dojść do wniosku, że tzw. linia Jana Pawła II jest kwestionowana przez obecnego papieża". Jacek Maziarski pisał w katolickim "Ładzie" z 16 lipca 1995 r. o tekście Graczyka w "GW" z 1-2 lipca 1995 r.: "Publikacja Graczyka nie zostawia miejsca na złudzenia - autor (a chyba i redakcja) chce wojny z Kościołem". Ksiądz Wojciech Góralski pisał w "Niedzieli" z 15 stycznia 1995 r.: "Zasada ludzkiej bezbronności Kościoła w rozumieniu Graczyka oznacza trzymanie Ewangelii pod korcem, konieczność zabarykadowania się Kościoła w zakrystiach świątyń, a także nieuznawania przez państwo zasady wolności religijnej w wymiarze wspólnotowym". Ksiądz Walerian Słomka zwracał uwagę (w "Magazynie Słowa Dziennika Katolickiego" z 24 lutego 1995 r.), iż "dla Romana Graczyka do rangi skandalu należy zaliczać każde publiczne przyznawanie się do katolickości, zwłaszcza gdy pełni się jakąś funkcję państwową". A.L. (prof. Zbigniew Żmigrodzki) polemizował na łamach "Niedzieli" (nr 42 z 1995 r.) z bzdurnymi "proroctwami" Graczyka, że za 15 lat pokolenie urodzone po 1989 r. masowo odrzuci nie tylko katolicyzm polityczny, ale i katolicyzm w ogóle.
Graczyk jako współpracownik "Gazety Wyborczej" stał się niezwykle niebezpiecznym rzecznikiem relatywizmu moralnego, skrajnej pobłażliwości wobec zła. W artykule na łamach "Gazety Wyborczej" z 18 maja 1992 r. określił zło jako niezbędną "cenę wolności człowieka", twierdząc, że "nie można obronić wolności, nie płacąc tej ceny". Była to teza skrajnie niebezpieczna. Dość przypomnieć, ile świat XX-wieczny zapłacił za panowanie różnych totalitaryzmów, które dopuszczały zło w imię zasady "cel uświęca środki". Graczyk, "publicysta katolicki" czy raczej "fałszywy katolik" (by użyć trafnego określenia ks. Stanisława Małkowskiego na temat podobnych postaci), ze swą ofertą tolerancji wobec zła w istocie przeciwstawia się całej linii humanizmu europejskiego, ludziom takim jak Albert Camus, Salvador Madariaga i in., którzy nie ustawali w demaskowaniu relatywizmu moralnego i różnych form godzenia się ze złem. Przypomnijmy, że racjonalni Anglosasi już dawno wymyślili zwrot "moral insanity" (obłęd moralny) na określenie patologicznego braku ustalonych zasad, uczuć i instynktów moralnych, który tak ochoczo aprobował publicysta "Gazety Wyborczej", a dawny sekretarz katolewicowego tygodnika. Najlepszą odpowiedź na głoszoną przez Romana Graczyka i jego sojuszników z "Gazety Wyborczej" zasadę pobłażliwości wobec zła można odnaleźć w słowach zamordowanego później przez siewców zła Martina Luthera Kinga: "Ten, kto biernie akceptuje zło, bez protestowania przeciw niemu, w praktyce współpracuje z nim" (por. M. Luther King, "Stride toward Freedom", 1958).
Nagłośnienie ataków na "wstrętny katolicyzm"
Dziennikarze "Gazety Wyborczej" bez żenady opowiadali się za prowadzeniem bezpardonowej walki "na wyniszczenie" z przedstawicielami nurtu chrześcijańsko-patriotycznego w życiu publicznym. Zacytujmy w tym kontekście jakże wiele mówiące o postawie "Wyborczej" w tym względzie stwierdzenie jednego z najbardziej znanych publicystów "Wyborczej" Jerzego Sosnowskiego. Oto, co pisał on w 1993 roku w ziejącym nienawiścią, histerycznym tekście o stosunku takich jak on "liberałów" do narodowych katolików: "Jesteśmy naprawdę wrogami (...) musi się tu rozegrać walka prowadząca do wyniszczenia, uczynienia bezsilnym któregoś z przeciwników. Bo narodowi katolicy nie spoczną, póki nie zorganizują Polski po swojemu" (por. J. Sosnowski: Wizyta w obcym kraju, "Gazeta Wyborcza" nr 75 z 1993 r.). Czyż nie był to doskonały wzór "tolerancji" w stylu "Wyborczej"?
W walce przeciw Kościołowi szczególną rolę odgrywały w "Gazecie" wywiady z "odpowiednio" dobranymi gośćmi, którzy dawali wyraz swym niczym nieograniczonym fobiom wobec katolicyzmu, tolerowanym przez Michnika w myśl akcentowanej przez niego dość szczególnej wolności słowa, a ściślej wolności obrażania innych i wolności jątrzenia. Czasem nie uszanowano przy tym nawet najbardziej uroczystych dni dla wierzących, nastroju przedświątecznego oczekiwania na Boże Narodzenie. I tak np. tuż przed Bożym Narodzeniem 2006 roku redakcja "Wysokich Obcasów" (dodatku do "Gazety Wyborczej") "poczęstowała" swych czytelników pełnym nienawiści do katolicyzmu wywiadem z przyrodnikiem Adamem Wajrakiem. Ustosunkowując się do nadchodzących świąt, Wajrak powiedział: "Nie obchodzimy świąt. Nie przywiązujemy wagi do tych imprez". Zaraz potem dodał, mówiąc o parafii św. Stanisława Kostki w Warszawie: "Wyleczyła mnie raz na zawsze z religii i katolicyzmu. Jestem z tej samej parafii, gdzie leży ksiądz Popiełuszko, i kiedy proboszczem był ksiądz Bogucki, to było bardzo fajne miejsce. Chodziliśmy sobie na religię, bujaliśmy się na trzepaku, rzucaliśmy kamieniami w osy. Po śmierci księdza Popiełuszki miejsce zmieniło się w takie bezduszne muzeum z flagami 'Solidarności'. (...) Przeraziło mnie pojawienie się instytucji. Zresztą ten polski katolicyzm jest taki wstrętny, zakłamany" (podkr. - J.R.N.)". Tak więc religia wyznawana przez 95 procent Polaków jest dla tak nagłośnionego w "Wyborczej" A. Wajraka rzeczą "wstrętną".
Komentująca antykatolicki wybryk Wajraka i "Wyborczej" Katarzyna Jaruzelska-Kastory pisała w "Rzeczpospolitej" z 21 grudnia 2006 r. w tekście "Prezent na Święta" m.in.: "Przed Bożym Narodzeniem czytelnicy dostali od 'Wysokich Obcasów' (...) sianko na stół wigilijny i wywiad z przyrodnikiem Adamem Wajrakiem. Dwa prezenty. Jeden dla katolików. Drugi dla tych, co myślą inaczej. (...) Wajrak już nie rzuca kamieniami w osy, ale rzuca w ludzką pamięć. (...) Redaktorki 'WO' ["Wysokich Obcasów" - J.R.N.] dały nam prezent. Wywiad z kolegą z własnej redakcji. Nikt nie powiedział: - Adam, puknij się. Albo: - Nie dawajmy tego. (...) Nikt nie pomyślał: - Nie psujmy katolikom krwi, niech mają Święta. Świadomie puszczono ten wywiad teraz. I dodano sianko. Taki czuły gadżet reklamowy".
Odpowiednim sposobem na umacnianie uprzedzeń wobec katolicyzmu jest również dawanie przez "Wyborczą" (jak to wspominał już K. Brodacki) omówień książek o antykatolickiej wymowie. Podajmy tu jeden z ostatnich przykładów tego typu - publikowaną w "Wyborczej" z 4 kwietnia 2006 r. recenzję Dariusza Nowackiego z książki Piotra Czerskiego "Ojciec odchodzi". W recenzji zatytułowanej "Jak trudno być ateistą" Nowacki pisze: "Piotr Czerski wykonał robotę na obstalunek, napisał utwór okolicznościowy, ale przy okazji dał bardzo ciekawą opowieść, jak dziś młody wrażliwy człowiek (autor urodził się w 1981 r.) radzi sobie z katolickim dziedzictwem. Mówiąc wprost - jak je w sobie zagłusza i zabija. (...) Piotr posługuje się porażająco prostym schematem: polski katolicyzm równa się obłuda. Na bazie tego równania powstaje obszerny katalog, osobliwa czarna księga rozwijana na dwu płaszczyznach".
Inny przykład skrajnego nagłaśniania książki o antykościelnej i antyreligijnej wymowie spotykamy w szkicu profesor Marii Janion "Rozstać się z Polską?" ("Gazeta Wyborcza" z 2-3 października 2004 r.). Profesor Janion była niegdyś zajadłą marksistką, a obecnie ze szczególną predylekcją zajmuje się m.in. atakami na polską historię i tradycje w duchu nihilizmu narodowego i tropieniem rzekomego "polskiego antysemityzmu". W omawianym szkicu z wyraźną lubością prezentuje wyszydzającą religię i tradycje narodowe książkę Mariusza Sienkiewicza "Czwarte niebo". Pisze, że według autora "szmal jest też fundamentem sojuszu między kapitałem a Kościołem. (...) Frazes romantyczny wspiera narodowo-katolicki". Z satysfakcją cytuje najwyraźniej szczególnie bliski jej duchowo fragment powieści: "O Boże wielki! - przecież Zygmunt mógł wybierać i przebierać, dziedziczył rekwizytornię polskiego etosu! Przechowywał rodzinne, może nawet plemienne pieczęcie pokoleń, które dzisiaj wyglądały sensownie jedynie w języku i twardniały na karku niczym garb powinności Polaka, syna człowieka. Bóg - Honor - Ojczyzna, Wiara - Patriotyzm - Rodzina, Tradycja - Katolicyzm - Historia. (...) Zawsze przecież może odwołać się do tego języka, wypełnić gardło retoryką i mówić aż do zadławienia: 'wierzę w Boga Ojca', 'w grzechów odpuszczenie', 'jestem Polakiem', 'kocham Ojczyznę, Rodzinę i Matkę Boską'". Tu pojawia się "wyrazisty" komentarz autorski M. Janion: "Tymi pięknymi triadami można rzeczywiście się zadusić". Wkrótce potem Janion cytuje szczególnie bluźniercze zestawienie M. Sienkiewicza: "Obcy i swoi, Europa i Polska, Tradycja, Bóg, honor, zgnilizna".
Wśród najskrajniejszych ataków na Kościół katolicki w Polsce publikowanych na łamach "Wyborczej" można było znaleźć żałosne brechty antykatolickiej fanatyczki, "badaczki" z Żydowskiego Instytutu Historycznego Anny Całej. Już w 1990 r. Cała popisała się na łamach "Wyborczej" (nr 112 z 1990 r.) szczególnie jadowitym atakiem na rzekomy "antysemityzm" i "faszyzm" części duchowieństwa katolickiego w Polsce. Po wymienieniu niewiele mających wspólnego ze sobą przypadków zdewastowania grobów na wolskim cmentarzu prawosławnym, napaści na afrykańskich studentów we Wrocławiu, pogróżek pod adresem organizatorów Festiwalu Kultury Żydowskiej w Krakowie Cała zarzuciła części duchowieństwa katolickiego rzekome wspieranie tego typu działań (!!!), stwierdzając m.in.: "Szczególnie godne ubolewania jest poparcie części kleru katolickiego dla takich akcji oraz jego zaangażowanie się w działalność polityczną organizacji endeckich i neofaszystowskich". Z tekstem Całej był zmuszony polemizować nawet współpracownik "Gazety Wyborczej" Jarosław Lindenberg: "Ciekaw jestem - gdzie Autorka spotkała księży (a może także biskupów?), popierających używanie przemocy wobec mniejszości narodowych, czy też zaangażowanych w działalność polityczną organizacji neofaszystowskich?". Lindenberg skrytykował występującą u Całej obsesję budzenia atmosfery spisków i podejrzliwości wobec Kościoła katolickiego. Fanatyczka Cała nadal grasuje. W ostatnim półroczu kilkakrotnie pisałem w "Naszym Dzienniku" o nowych fałszach Całej, m.in. o oszczerczym zniesławieniu przez nią przeszłości słynnej pisarki katolickiej Zofii Kossak i o wyssanych przez nią z palca historiach o ponad 200 Żydach, którzy padli ofiarą rzekomo ponad 150 polskich pogromów w latach 1935-1937.
Inne nierzetelne metody "Wyborczej"
Specjalną rolę w podważaniu znaczenia Kościoła katolickiego odgrywają w "Gazecie Wyborczej" listy czytelników, które odpowiednio wyselekcjonowane niejednokrotnie służą do atakowania Kościoła bez żadnych zahamowań. Typowy pod tym względem był "list czytelniczki" publikowany w "Wyborczej" (nr 2002 z 1993 r.) po wygłoszonej przez Prymasa Polski homilii na Jasnej Górze 26 sierpnia 1993 r., w której znalazły się krytyczne uwagi na temat homoseksualizmu. "List czytelniczki" wyrażał zgorszenie "agresywną, jątrzącą, wywołującą gorycz" homilią Prymasa. Znalazło się też w niej swoiste ostrzeżenie - "proroctwo", że po takich homiliach w przyszłym roku połowa pielgrzymów obecnych w 1993 roku nie przybędzie na święto Matki Bożej (por. uwagi K. Czuby w książce "Media i władza", Warszawa 1994, s. 29-30).
W "Niedzieli" z 29 stycznia 1995 r. zwrócono uwagę na inną "specjalność" "Gazety Wyborczej", to jest atakowanie w niej Kościoła katolickiego za pomocą "bijących" tytułów: "Kościół przyznaje się do winy", "Arcybiskup nie chce modlitwy" etc. Ta metoda jest bardzo konsekwentnie stosowana. Na przykład w "Gazecie Wyborczej" z 14 sierpnia 1995 r. użyto tytułu "Badania OBOP: w obronie krzyża i wolnej miłości". Zestawiono dwa jakże różne fakty: to, że 93 proc. ankietowanych potępia znieważanie symboli religijnych, i to, że 61 proc. ankietowanych nie potępia współżycia seksualnego bez ślubu. Warto przypomnieć, co ksiądz Waldemar Kulbat pisał w "Naszym Dzienniku" z 15 stycznia 2004 r. na temat manipulowania sondażami przez "Gazetę Wyborczą". Według ks. Kulbata "(...) 'Gazeta Wyborcza' pisze w jednej z relacji o 'Kościele w dołku' (1995, nr 176). Realizując sondaż, usiłuje się tam porównywać kilka instytucji zupełnie ze sobą nieporównywalnych, np. Polskie Radio, wojsko, TVP, urząd Rzecznika Praw Obywatelskich, policję, NIK, Kościół, Rząd, Sejm, urząd prezydenta. 'Dlaczego więc przeprowadza się w sposób tak niekompetentny, nieprofesjonalny i kompromitujący w świetle naukowych zasad sondaże?' - pyta autor [tj. socjolog profesor Ryszard Dyoniziak - J.R.N.]. 'Chociaż aprobata dla Sejmu spadła w wyższym stopniu niż aprobata dla Kościoła - w tytule napisano 'Kościół w dołku', a nie 'Sejm w dołku'. Ta selektywna informacja ma nastawić widocznie czytelnika niekorzystnie wobec Kościoła katolickiego, podano ją więc w tytule dużymi literami. Natomiast informacja o dużym spadku aprobaty dla Sejmu, Senatu, NIK-u i rzecznika praw obywatelskich - podana została małymi literkami i cyframi".
Inną metodę antykościelnych manipulacji "Gazety Wyborczej" opisała znana publicystka katolicka Ewa Polak-Pałkiewicz na łamach renomowanej krakowskiej "Arki" (nr 47 z 1993 r.). Ewa Polak-Pałkiewicz zajęła się tam teorią i praktyką narzekania na Papieża Polaka w Polsce, w tym stosowaniem różnych zabiegów socjotechnicznych, mających wyraźnie na celu podważanie autorytetu Jana Pawła II. Ewa Polak-Pałkiewicz pisała: "Oto ilekroć w 'Gazecie Wyborczej' pojawia się twarz Jana Pawła II, to jest to twarz śmiertelnie zmęczona lub zdesperowana. Ma ona sugerować, że Papież 'przegrał'. Papież krzyczący ma zaś uosabiać frustrację człowieka, którego działalność rozmywa się z oczekiwaniami niegdysiejszych jego fanów" (por. komentarz K. Czuby w książce "Media i władza", Warszawa 1994, s. 26-28).
Wśród najskrajniejszych przejawów antykościelnych manipulacji "Gazety Wyborczej" należy wymienić jej osławioną akcję z plakatami godzącymi w obraz duchownych katolickich. Przypomnę, jak opisała tę wielce nierzetelną akcję znana autorka katolicka (naukowiec i była senator) profesor Krystyna Czuba w książce "Media i władza" (op. cit., s. 78): "Metodą manipulacji jest mówienie o Kościele tak, aby tendencyjność i stronniczość miały pozory obiektywizmu. Ostatnio jednak nawet pozory przyzwoitości przestały być ważne. Na przełomie czerwca 'Gazeta Wyborcza' weszła do ośmiu polskich miast z akcją plakatową. (...) Jeden z plakatów przedstawia grupę księży 'nieudaczników' walczących w przeciąganiu liny z młodymi ludźmi w czerwonych krawatach. Drugi - przedstawia pranie wiszące na sznurku, obok policyjnego munduru wiszą sutanna i biret. Wszystko to wymaga prania. I napis: 'my jesteśmy czyści' - 'Gazeta Wyborcza'. Katolicy wystąpili z licznymi protestami. Domagano się usunięcia plakatów, które firmowała 'Gazeta Wyborcza' - organ Unii Wolności. Efekt protestów żaden. Zareagowała lokalna 'Gazeta Wyborcza' w Poznaniu. W odpowiedzi na protest ks. arcybp. Jerzego Stroby 'Gazeta' przyznała Arcybiskupowi 'pyrę tygodnia' (...)".
Zafałszowywanie historii chrześcijaństwa i Kościoła
Redaktorzy "Wyborczej" nie mieli żadnych skrupułów w działalności zmierzającej do ordynarnego zafałszowywania obrazu dziejów chrześcijaństwa, od samych jego początków. Szczególnie jaskrawym tego przykładem było nagłośnienie na łamach "Wyborczej" w setkach tysięcy egzemplarzy apokryficznej tzw. Ewangelii Judasza, zafałszowującej obraz ostatnich dni Chrystusa i wybielającej postać arcyzdrajcy Judasza. Uwiarygodnianie przez "Wyborczą" wspomnianego apokryfu służyło tworzeniu świadomego zamętu wokół spraw najistotniejszych dla ludzi wierzących. Jeszcze na 11 dni przed publikacją w "Wyborczej" pełnego tekstu apokryfu, fałszywie zwanego Ewangelią Judasza, na łamach "Wyborczej" ukazały się teksty próbujące maksymalnie uwiarygodnić wspomniany apokryf. 7 kwietnia 2006 r. na pierwszej kolumnie "Gazety Wyborczej" ukazał się tekst Katarzyny Wiśniewskiej, zafałszowujący znane z Nowego Testamentu dzieje pt. "Judasz nie był zdrajcą. Jezus go wyznaczył". Według Wiśniewskiej, "Judasz nie zdradził Jezusa, lecz działał na Jego życzenie w ramach planu zbawienia - takie rewelacje przynosi tzw. Ewangelia Judasza, którą wczoraj poznał cały świat. (...) Przesłanie może szokować - bo oto Judasz nie jest zdrajcą, ale bohaterem wybranym przez Jezusa". Również na drugiej kolumnie tego samego numeru "Wyborczej" można było znaleźć uwiarygodniający rzekomą Ewangelię Judasza tekst K. Wiśniewskiej (napisany razem z M. Gadzińskim) pt. "Ewangelia Judasza. Był wykonawcą boskiego planu, zaufanym Jezusa". Żeby było zabawniej, zamieszczonemu na pierwszej kolumnie "GW" tekstowi K. Wiśniewskiej reklamującej apokryf towarzyszył także na pierwszej kolumnie "GW" inny kłamliwy tekst tejże autorki - jej złowieszczy atak na Radio Maryja pt. "Stop Radiu Maryja!".
Manipulacje "Wyborczej" dosadnie obnażyła Zuzanna Rajska w tekście "Judasz - patron 'Wyborczej'" ("Nasz Dziennik" z 11 kwietnia 2006 r.). Z bardzo ostrą krytyką zachowania "Wyborczej" w sprawie apokryfu Judasza wystąpił naczelny redaktor "Christianitas" Paweł Milcarek. W tekście "Za trzydzieści srebrników" ("Newsweek" z 23 kwietnia 2006 r.) Milcarek powołał się na długą listę błędów tekstu "Wyborczej" o Judaszu, wyliczonych przez ks. prof. Marka Starowieyskiego w telewizyjnym programie "Warto rozmawiać". Jak pisał Milcarek: "Obecni w studiu redaktorzy tej gazety ["Wyborczej" - J.R.N.] czerwienili się ze wstydu, ale bronili pomysłu masowego udostępnienia polskiemu czytelnikowi zawiłego tekstu starożytnych heretyków, Jan Turnau sformułował nawet karkołomną tezę, że dzięki zetknięciu się z Ewangelią Judasza setki tysięcy Polaków sięgną do prawdziwych czterech Ewangelistów. Hm, wstąpił do piekieł, po drodze mu było... Trudno przecież uznać fantazyjne fałsze za naturalną drogę do poznania prawdy".
Antykatolickie zafałszowania ks. S. Musiała w "Wyborczej"
Ksiądz Stanisław Musiał znany był z wielu jednostronnych tekstów, jaskrawo sprzecznych ze stanowiskiem Kościoła w sprawach stosunków między chrześcijanami a Żydami. Był nawet z tego powodu nazywany przez Prymasa Polski Józefa Glempa "przedstawicielem opcji żydowskiej". Skrajna jednostronność jego wystąpień publicznych, prowokujących niepotrzebne spory, spowodowała przysłanie mu przez kościelnych zwierzchników zakazu "wypowiadania się w sprawie krzyży oświęcimskich i tematów pokrewnych". Bez żenady łamał ten zakaz, a więc dyscyplinę kościelną, i nawet wyraźnie dworował sobie z niego, stwierdzając: "Nie bez pewnej 'jezuickiej przewrotności' uważam, że zakaz dotyczy chyba tylko nowych sądów - mogę natomiast chyba mówić, jakie stanowiska zajmowałem wcześniej". Szczególnie drastycznym przykładem złamania przez ks. Musiała kościelnych zakazów był pełen godzących w Kościół katolicki zafałszowań wywiad z nim w "Gazecie Wyborczej" z 9-10 stycznia 1999 r., przeprowadzony przez dwóch redaktorów "Tygodnika Powszechnego": Witolda Beresia i Krzysztofa Burnetkę (por. szerzej moją krytykę tego wywiadu w katolickiej "Niedzieli" z 24 stycznia 1999 r.).
W wywiadzie dla "Wyborczej" ks. Musiał opublikował wypowiedzi skrajnie niesprawiedliwe wobec chrześcijaństwa i Kościoła, oskarżając chrześcijaństwo o rzekome ogromne winy wobec Żydów i świadomie przemilczając liczne przykłady przychylnych ustosunkowań do Żydów. Weźmy choćby taki zwrot ks. Musiała: "Na chrześcijanach ciąży grzech wielowiekowego antysemityzmu religijnego". Ksiądz Musiał całkowicie pominął wszystkie fakty jaskrawo przeczące tej ryzykownej tezie. Choćby to, że przeważająca część Papieży odnosiła się do Żydów z tolerancją, a wielokroć i z sympatią, zapewniając im stabilną ochronę. Wiedzieli o tym i pisali wybitni historycy żydowscy, tacy jak największy historyk żydowski XIX w. Hersz Graetz (kilkutomowa "Historia Żydów"), żyjący w Polsce żydowscy historycy: Hilary Nussbaum (kilkutomowa "Historia Żydów w Polsce") czy Meier Bałaban, współcześni historycy żydowscy, rabini Marc Saperstein, Solomon Rapaport i inni. Gdyby ks. Musiał zdołał przeczytać ich teksty, to dowiedziałby się, że nieprzypadkowo z całej Europy Zachodniej tylko w Rzymie, pod opieką Papieży, utrzymywała się wciąż przez stulecia nienaruszona społeczność żydowska.
Skrajnemu zdeformowaniu uległa w wypowiedziach ks. Musiała nawet postać Piusa XI. Nikt z przywódców świata zachodniego nie zdobył się przed wrześniem 1939 r. na równie mocne jak ten Papież potępienie nazizmu i jego rasistowskiej ideologii. Nawet temu Ojcu Świętemu ks. Musiał fałszywie zarzucił, że wypowiedział się jakoby tylko "na temat rasizmu, ale to nie to samo, co antysemityzm". Przypomnijmy więc wobec ignorancji ks. Musiała i redaktorów "Wyborczej", którzy wydrukowali jego tekst, że Pius XI już w 1928 r. jednoznacznie potępił antysemityzm. Dekret Świętego Oficjum przypominał wówczas, że Stolica Apostolska także wcześniej brała w obronę Żydów, występując przeciw "niesprawiedliwemu ich poniewieraniu", a Papież tak jak "potępia wszelką nienawiść i wrogość między narodami, tak potępia szczególnie nienawiść przeciwko niegdyś przez Boga wybranemu narodowi, ową nienawiść, która teraz zwyczajnie nazywana jest 'antysemityzmem'" (cyt. za "Kościół, katolicy i narodowy socjalizm", praca zbiorowa, Warszawa 1983, s. 73). Szkoda, że z tym jakże jednoznacznym tekstem nie zapoznał się ignorant ks. S. Musiał i nagłaśniający go podobni ignoranci z "Wyborczej".
Skrajnie niesprawiedliwe były również pochopne negatywne uogólnienia ks. Musiała na temat stosunku Piusa XII do Żydów. W czasopismach katolickich niejednokrotnie pisano o znaczeniu pomocy tego Papieża dla Żydów, cytując jakże przychylne sądy na ten temat ze strony takich znanych postaci żydowskich, jak choćby premier Izraela Golda Meir. Można tylko żałować, że ks. Musiał, a wraz z nim "Wyborcza", zamiast przytaczać prawdziwe fakty, woleli w odniesieniu do Piusa XII sięgać po zafałszowane oszczercze twierdzenia z arsenału wrogów Kościoła i chrześcijaństwa, po części ze strony szczególnie nienawidzących Piusa XII komunistów.
Ksiądz Musiał, a z nim "Wyborcza", z grubej rury atakował te środowiska kościelne, które zamiast mówić o antysemityzmie, mówiły o antyjudaizmie chrześcijańskim. Zdaniem ks. Musiała, "zmiana tej terminologii jest bardzo groźna. To ucieczka przed odpowiedzialnością". Przypomnę więc, że w Polsce zwrotu "antyjudaizm" zamiast "antysemityzm" zaczął używać tak bardzo zasłużony dla dialogu między chrześcijanami a Żydami arcybiskup Henryk Muszyński. Robił to z bardzo przekonującym uzasadnieniem. Według ks. abp. Muszyńskiego, "antysemityzm spotykany w Polsce nie miał nigdy korzeni rasowych, a wyrastał z podłoża religijnego, gospodarczego i społecznego, i dlatego ja osobiście wolę go nazywać antyjudaizmem, właśnie w odróżnieniu od antysemityzmu rasistowskiego" (por. abp H. Muszyński: Żydzi jako problem chrześcijański, "Więź" 1989, nr 1, s. 7-8). Ksiądz Musiał oczywiście wiedział lepiej niż abp Muszyński i piętnował zmianę terminologii jako "bardzo groźną".
Ksiądz biskup Adam Lepa pisał już 12 czerwca 1994 r. o "Gazecie Wyborczej" jako jednym z dwóch (obok telewizji publicznej) "najpotężniejszych ośrodków antyewangelizacyjnych w Polsce", wykreowanych w ciągu pięciu lat, od 1989 r., w Polsce. Ja sięgnąłbym do następującego porównania. Jeśliby ktoś po stu latach zasiadł do napisania historii Kościoła katolickiego w Polsce po 1989 r. tylko w oparciu o roczniki "Gazety Wyborczej", to stworzyłby obraz niezwykle czarny i ponury. Na taki właśnie obraz "sumiennie" zapracowali rozliczni dziennikarze "GW" z jej naczelnym na czele, wspierający ich gościnnie różni "pożyteczni idioci" z kręgów duchowieństwa, którzy wspierali tak wrogą Kościołowi gazetę swoimi piórami i nazwiskami.
prof. dr hab. Jerzy Robert Nowak
Sunday, August 19, 2007
Saturday, August 18, 2007
Musimy wystąpić w obronie praw narodu

Musimy wystąpić w obronie praw narodu
Nasz Dziennik, 2007-08-18
Ks. Józef Bełch (1909-1993)
Ksiądz Józef Bełch należał do grona duchownych, którzy potrafili łączyć powołanie kapłańskie z działalnością społeczną i patriotyczną. Pomimo represji i szykan komunistycznych władz zasadom tym pozostawał zawsze wierny.
Józef urodził 4 lipca 1909 r. w Różance koło Strzyżowa w powiecie krośnieńskim, w rodzinie o szlacheckich korzeniach. Jego rodzicami byli Izydor i Teresa z domu Strzępek. Był czwartym z ich dziewięciorga dzieci. Religijna atmosfera domu rodzinnego sprawiła, iż z pięciu synów aż czterech wybrało stan kapłański, spośród trzech sióstr jedna wstąpiła do Zgromadzenia Sióstr Służebniczek Starowiejskich.
Wkrótce po urodzeniu się Józefa, w maju 1910 r. rodzina przeniosła się do Sobniowa koło Jasła, gdzie prowadziła gospodarstwo rolne. W latach 1916-1920 Józef uczęszczał do szkoły powszechnej w Sobniowie, następnie zaś w Jaśle. We wrześniu 1920 r. rozpoczął naukę w jasielskim Państwowym Gimnazjum im. króla Stanisława Leszczyńskiego. Po uzyskaniu świadectwa dojrzałości w 1928 r. ochotniczo wstąpił do wojska.
Kapłaństwo
We wrześniu 1929 roku Józef wstąpił do Wyższego Seminarium Duchownego obrządku łacińskiego w Przemyślu. 24 czerwca 1934 r. przyjął z rąk ordynariusza przemyskiego ks. bp. Franciszka Bardy święcenia kapłańskie. 1 sierpnia tego roku podjął obowiązki wikarego w parafii Przybyszówka koło Rzeszowa. W ramach działalności Akcji Katolickiej roztoczył swą opiekę nad tamtejszą młodzieżą.
Dnia 21 lutego 1936 r. ks. Bełch decyzją ordynariusza przeniesiony został do parafii w Łańcucie. Jako wikary utworzył tam Chrześcijański Związek Robotników Rolnych i Przemysłowych - by przeciwstawić się komunistycznym wpływom i propagandzie w miejscach pracy mieszkańców wsi i miast. Napisał również wtedy, wydaną następnie pod pseudonimem "Józef Wieśniak", książkę "Wici - Agraryzm - Siew. Ruch młodowiejski w świetle zasad katolickich" (Kraków 1937). Zawierała ona krytyczne opinie o ruchu młodowiejskim. Ujawniała związki aktywistów wiciowych z socjalizmem i komunizmem. Opracowanie to spotkało się z uznaniem Prymasa Augusta Hlonda.
Decyzją ks. bp. Franciszka Bardy z 28 lipca 1938 r. ks. Bełch przeniesiony został z Pikulic do parafii w Rozwadowie, gdzie powierzono mu funkcję wikariusza. Pełniąc obowiązki duszpasterskie, zaangażował się jednocześnie w działalność społeczną na rzecz mieszkańców rozbudowującej się Stalowej Woli. Miał swój udział w utworzeniu tam szkoły podstawowej, gimnazjum i szkoły technicznej, zabiegał też o poprawę warunków bytowych robotników zatrudnionych w rozwijających się Zakładach Południowych.
Aktywność ks. Bełcha zdecydowała o tym, że 1 stycznia 1939 r. mianowany został sekretarzem generalnym Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży Męskiej w diecezji przemyskiej. Odtąd mieszkał w Przemyślu i zaangażował się w tworzenie diecezjalnych struktur organizacji. Opublikował wówczas obszerne dzieło "Katolickie odrodzenie wsi" (Poznań 1939), które w swym założeniu stanowić miało pomoc dla działaczy stowarzyszenia.
Doświadczenia wojenne
W związku z wybuchem wojny ks. bp F. Barda pismem z 11 września 1939 r. skierował ks. Józefa Bełcha do pomocy duszpasterskiej w Okręgowym Szpitalu Wojskowym nr 10 w Przemyślu, natomiast 21 września wyznaczył mu funkcję tymczasowego zarządcy parafii w Niżankowicach. Z powodu zagrożenia rozstrzelaniem przez Niemców ks. Józef i jego brat ks. Stanisław - generalny sekretarz Stowarzyszenia Mężów i asystent Chrześcijańskich Związków Zawodowych, otrzymali od ks. bp. sufragana Wojciecha Tomaki samochód wraz poleceniem wyjazdu do Kołomyi i w razie konieczności opuszczenia kraju. Ksiądz Stanisław przekroczył granicę, ksiądz Józef natomiast zrezygnował z wyjazdu i wystąpił o skierowanie go do którejś z parafii pozbawionych duszpasterza. 23 września decyzją ks. bp. Tomaki, zarządzającego częścią diecezji przemyskiej pozostającą pod okupacją Związku Sowieckiego, został administratorem parafii w Stojańcach k. Mościsk. Tam nawiązał kontakt z ks. Mikołajem Maciukiem, proboszczem parafii obrządku greckokatolickiego w pobliskim Wołostkowie. Dzięki jego wsparciu mógł przetrwać wraz parafianami czas represji sowieckich oraz uniknąć wywózki na Wschód. Po wybuchu wojny niemiecko-sowieckiej i wkroczeniu Niemców, dzięki znajomości języka, wbrew przeszkodom stwarzanym przez miejscową administrację ukraińską, wyjednał u zwierzchnich władz niemieckich zezwolenie na wznowienie działalności szkół polskich i udostępnienie wiernym kościołów zamkniętych pod pretekstem czasowego zagrożenia epidemią tyfusu. Informacje uzyskane od ks. Maciuka pozwoliły mu ocalić miejscowych Żydów. Ostrzegł bowiem przełożonego gminy Judę Garfunkla o terminie planowanej eksterminacji. Wystawił ponadto dwóm rodzinom żydowskim metryki chrztu.
Na przełomie 1942 i 1943 r. ks. Bełch wstąpił do Armii Krajowej i pod pseudonimem "Róża" pełnił funkcję kapelana w Obwodzie AK Mościska. Jednym z celów, który przyświecał jego decyzji, była troska o ducha moralności wśród żołnierzy niepodległościowego podziemia i obrona polskiej ludności "przed przygotowywanymi napadami ukraińskimi". Na plebanii prowadził nasłuch radiowy i w oparciu o uzyskane informacje wydawał "Biuletyn Informacyjny". Przechowywał osoby ukrywające się przed Niemcami. Uczestniczył w akcjach przejmowania lotniczych zrzutów broni i amunicji oraz organizował kryjówki - magazyny, gdzie uzbrojenie to było przechowywane. Prawdopodobnie organizował także szkolenia wojskowe.
W Stronnictwie Narodowym
W czerwcu 1944 r., po uzyskaniu z kurii urlopu zdrowotnego z powodu postępów gruźlicy, ks. Józef Bełch przeniósł się do Grodziska k. Strzyżowa. Mieszkając u ks. Józefa Stybela, kontynuował wydawanie biuletynu. Współpracował m.in. z kapelanami AK - ks. Michałem Sternalem ps. "Łęg", ks. Ludwikiem Niemczyckim ps. "Pasterz" i ks. Stanisławem Bąkiem ps. "Wicek". Jesienią przekazano mu dokument wskazujący na formalne mianowanie go kapelanem Armii Krajowej w stopniu kapitana.
Na przełomie stycznia i lutego 1945 r. ks. Józef Bełch z inspiracji ks. Adama Józefczyka wstąpił do Stronnictwa Narodowego. Zaprzysiężony został przez prezesa Zarządu Powiatowego Stronnictwa Narodowego w Rzeszowie o. Gracjana - Jana Ożoga ps. "Strumień", zakonnika miejscowego klasztoru Ojców Bernardynów. Przyjął wówczas pseudonim "Szczerbiec". W marcu powierzono ks. Bełchowi funkcję kierownika referatu propagandy ZP SN w Rzeszowie. Już w kwietniu poprzez stworzoną sieć kolportażu rozprowadzał powstałe pod jego redakcją pisma: "Jestem Polakiem", "Nasza Sprawa", "Z nami wszyscy". Napisał ponadto w trosce o społeczność wiejską broszury: "Kwestia ludowa w Polsce" i "Wiejskie kierunki", zawierające program organizacji o charakterze ludowo-narodowym, którą zamierzał utworzyć. Konspiracyjny druk odbywał się na plebanii w Grodzisku, w domu Bronisława Bełcha ps. "Palma" i na plebanii ks. Franciszka Murasa w Niebylcu. Od sierpnia 1945 r. do maja 1946 r. prowadził w klasztorze Ojców Bernardynów w Rzeszowie comiesięczne szkolenia dla działaczy nurtu narodowego. Uczestniczył również w tym okresie w konferencjach organizowanych przez SN m.in. w Krakowie i w Rzeszowie, gdzie wygłaszał referaty poświęcone tematyce wiejskiej, stosunkom na arenie międzynarodowej i bieżącej sytuacji politycznej w Polsce. We wrześniu tego roku zorganizował Koło SN w Strzyżowie.
W październiku 1945 roku w obawie przed dekonspiracją ks. Bełch za zgodą ks. bp. Franciszka Bardy przeniesiony został do Tywonii. Pod zmienionym nazwiskiem - jako ks. Józef Borowicz, pełnił tam funkcję ekspozyta kaplicy należącej do parafii Jarosław. Na początku listopada uczestniczył w Jarosławiu w konferencji regionalnej SN z udziałem przedstawiciela Zarządu Głównego Włodzimierza Bielana, który przekazał zgromadzonym informacje o staraniach i możliwościach zalegalizowania SN. Ksiądz Bełch, posługujący się pseudonimem "Lipiński", mianowany został wówczas kierownikiem Wydziału Propagandy Rzeszowskiego Okręgu SN.
Dzięki inicjatywie ks. Bełcha w konspiracyjny obieg weszły nowe tytuły prasy narodowej: "Naród w Walce", "Głos Narodu", "Narodowiec", "Orzeł", "ABC Młodych", "Młoda Polska", "Biuletyn Wewnętrzny", "Sprawy Polskie", "Wielka Polska". Poza pracami redakcyjnymi na ich łamach zamieszczał wiele artykułów o tematyce politycznej, społecznej i religijnej. Był również autorem rozpraw z zakresu duszpasterstwa: "Duszpasterstwo młodzieży pozaszkolnej" oraz "Duszpasterstwo wiejskie", i licznych broszur, m.in. "Bóg i Ojczyzna", "Nacjonalizm a katolicyzm", "Katolicyzm spod szubienicy".
Wymownym potwierdzeniem przymiotów ks. Bełcha jest również stwierdzenie zwarte w sporządzonej w 1952 r. przez resort bezpieczeństwa jego charakterystyce, gdzie napisano o nim m.in.: "(...) jest aktywistą [znanym] nie tylko w okręgu, lecz (...) na skalę krajową, o czym świadczy fakt, który miał miejsce na odprawie (...) SN na terenie Krakowa organizowanej przez Zarząd Główny", gdzie "o Bełchu wyrażono się (...) jako o najzdolniejszym znawcy ideologii SN i (...) stosunków panujących w terenie i polecono opierać się na jego zdaniu" oraz uznano go za "jedną z najzdolniejszych głów organizatorskich i pisarskich".
W zagrożeniu
Na przełomie kwietnia i maja 1946 roku ks. Bełch powiadomiony został przez Zbigniewa Urzyńskiego z Przemyśla o rozpracowaniu przez Wojewódzki Urząd Bezpieczeństwa Publicznego w Rzeszowie struktur terenowych SN. 15 maja 1946 r. zbiegł z plebanii w Tywonii przed mającymi go aresztować funkcjonariuszami UB. Kilka dni później, po 20 maja, nastąpiły liczne zatrzymania działaczy SN, co położyło kres działalności tej organizacji na Rzeszowszczyźnie.
Ukrywając się pod przybranym nazwiskiem - jako ks. Albin Barnaś, pełnił do sierpnia 1946 r. posługę duszpasterską w parafii ks. Stanisława Bąka w Mazurach. Następnie udał się do administracji apostolskiej Gorzowa Wielkopolskiego, gdzie od sierpnia do listopada 1946 r. pracował w parafii NMP w Słupsku. Stąd wyjechał na Dolny Śląsk i uzyskawszy zgodę kurii wrocławskiej, do połowy grudnia - jako ks. Jan Zima - przebywał w parafii w Czarnym Borze. Zamierzał wówczas opuścić kraj. Jednak wobec trudności w zorganizowaniu ucieczki zaniechał tego i powrócił do administracji Gorzowa Wielkopolskiego. Tam 19 grudnia 1946 r. mianowany został administratorem parafii Goraj.
25 lutego 1947 r. komunistyczne władze w Polsce ogłosiły tzw. dekret o amnestii. Ten akt nagłośniony jako dobrodziejstwo okazał się strategicznym zabiegiem rządzących. Dawał on możliwość rozpracowania i inwigilacji osób, które w okresie wojny i po jej zakończeniu zaangażowane były w działalność uznaną przez komunistów za nielegalną i stanowić mogły grupę potencjalnych przeciwników nowego systemu. Do grupy tej należało wielu aresztowanych w późniejszym okresie duchownych. Ksiądz Bełch ujawnił swą działalność konspiracyjną 14 kwietnia 1947 r. w Powiatowym Urzędzie Bezpieczeństwa Publicznego w Skwierzynie. Odtąd wzmogła się wobec niego inwigilacja i zaczęto wzywać go na przesłuchania. Z obawy przed aresztowaniem we wrześniu 1947 r. podjął decyzję o ucieczce z Goraja.
Niepewność co do przyszłości, towarzysząca mu obawa przed zatrzymaniem i ciągłe ukrywanie się doprowadziły ks. Bełcha do stanu załamania nerwowego. Przebywając na plebanii parafii Św. Rodziny w Szczecinie, usłyszał podejrzane głosy i postanowił uciec, wyskakując z pierwszego piętra. Z licznymi urazami przewieziony został do szpitala. Pogarszający się stan zdrowia sprawił, że ks. Bełch trafił do Kliniki Neuropsychiatrycznej w Krakowie. Tam z rozpoznaniem depresji przebywał od 8 do 28 października 1947 roku. Po odzyskaniu sił powrócił w rodzinne strony i podjął kapłańskie obowiązki w kaplicy w Niegłowicach - należącej do parafii w Jaśle, a potem w Mazurach. Następnie został katechetą w szkole powszechnej i gimnazjum w Sokołowie Małopolskim, gdzie 24 czerwca 1949 r. przejął obowiązki administratora parafii.
Wkrótce 6 listopada 1949 r. przybyli do ks. Bełcha funkcjonariusze z Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Rzeszowie w celu przeprowadzenia przesłuchania. Po jego zakończeniu, wykorzystując konieczność uczestnictwa w ceremonii pogrzebowej, kapłan po raz kolejny zbiegł. Uzyskawszy 28 listopada zgodę Kurii Biskupiej w Przemyślu na opuszczenie diecezji, przebywał na jej terenie jeszcze ponad pół roku. Ukrywał się w Górnie u ks. Mieczysława Lachora i w Domostawie u ks. Jana Zmory. W tym czasie rzeszowski WUBP zwrócił się do Wojskowej Prokuratury Rejonowej w Rzeszowie o podjęcie formalnych procedur zmierzających do aresztowania ks. Bełcha. W związku z tym 19 stycznia 1950 r. prokurator Stanisław Śliwa wystąpił do Kurii Przemyskiej o wskazanie miejsca pobytu poszukiwanego. Z odpowiedzi udzielonej mu przez kurię wynikało, iż miejsce pobytu ks. Bełcha nie jest znane.
Nawiązawszy kontakt z kurią przemyską i uzyskawszy jej zgodę, ks. Bełch w połowie lipca 1950 r. udał się do Wrocławia. Zamieszkał w parafii św. Jakuba i Krzysztofa na Psim Polu, wspierając w posłudze duszpasterskiej miejscowych kapłanów - jej administratora ks. Ignacego Pawlikiewicza-Kociaka oraz księży wikarych: Pawła Komborskiego i Michała Sternala, którzy podobnie jak on uszli z diecezji przemyskiej przed aresztowaniem.
Zatrzymanie przez funkcjonariuszy UB i śledztwo
W tym okresie wobec ks. Pawlikiewicza-Kociaka i grupy duchownych, z którymi ks. Bełch współpracował i utrzymywał kontakty towarzyskie, funkcjonariusze sekcji V Wydziału V WUBP we Wrocławiu prowadzili już rozpracowanie agenturalne "Nr 17". W konsekwencji prowadzonych działań w nocy z 22 na 23 października 1950 r. przeprowadzono we Wrocławiu akcję aresztowań. W zabudowaniach kościelnych - probostwie i wikarówce na Psim Polu, zatrzymani zostali księża: Pawlikiewicz-Kociak - "główny figurant sprawy", Bełch, Sternal, Komborski. W innych punktach miasta zatrzymano księży Puzia i Witkosia oraz Marię Orzelską-Welker. Podczas rewizji przeprowadzonej w pokoju ks. Bełcha funkcjonariusze UB przejęli jego prywatną korespondencję i notatki oraz dwanaście dolarów amerykańskich. Wieziony przez nich samochodem do siedziby WUBP próbował zbiec, jednak jego zamiar został udaremniony.
Według zatwierdzonego przez płk. Jana Zabawskiego, szefa WUBP we Wrocławiu, planu, śledztwo prowadzone miało być systemem ciągłych przesłuchań przez wiele dni i nocy - tzw. konwejerem. Uczestniczyć w nim miało siedmiu "pracowników operacyjnych" i wspomagających ich siedmiu innych funkcjonariuszy. Miało to zapewnić śledztwu szybki przebieg i przyznanie się zatrzymanych do winy.
W czasie trwającego wiele miesięcy śledztwa wobec przesłuchiwanych stosowano wyrafinowane i powszechnie wówczas używane w aresztach UB metody wymuszania zamierzonych zeznań. Między innymi zachowały się informacje o sposobach postępowania funkcjonariuszy wobec ks. Pawlikiewicza-Kociaka. Poza ciągłymi upokorzeniami moralnymi i psychicznymi - m.in. obrzucaniem go wyzwiskami w formie: "ty ch...u", "sk...synie", "k...a twoja mać", poddany był "konwejerom", w czasie których pozbawiony snu i głodzony, dodatkowo zmuszany był do wielogodzinnych "stójek". Jedno z tego rodzaju przesłuchań trwało trzy dni oraz cztery noce. Znane są również daty innego z tych przesłuchań - od 9 do 16 stycznia 1951 roku.
Przesłuchania ks. Bełcha prowadzone były głównie przez Mariana Żurawskiego, choć kilkakrotnie dokonywali ich również inni: kierujący śledztwem Stanisław Dobrzyński, Ludwik Woźnica, Marian Nawrocki, Ludwik Kulak, Stanisław Binkowski. Stosowane wobec niego metody wymuszania zeznań scharakteryzował w czasie rozprawy przed WSR w Rzeszowie 23 lipca 1954: "Odnośnie do protokołów sporządzonych w toku śledztwa nic konkretnego powiedzieć nie mogę, ponieważ byłem wtedy chory, a ponadto bito mnie w czasie samego aresztowania i w toku przesłuchań, nie dawano mi pić, kazano mi stać pod ścianą z rękami do góry, siedzieć na krawędzi stołka itp. Ponadto bito mnie kułakami po twarzy i wyzywano od kretyna, matołka, idioty".
Siostra ks. Bełcha, Jadwiga Palacz, 27 października 1994 r. opisała wspominany przez swego brata pobyt w areszcie śledczym następująco: "Śp. Józio mówił mi, jak go maltretowali. Kazali mu siedzieć na czymś spiczastym i to go najwięcej męczyło. A drugie - jak go przesłuchiwali, to na korytarzu podstawili kobietę z małym dzieckiem i ono płakało. Józiowi mówili, że to ja z dzieckiem i że jak się przyzna, to mnie puszczą do domu, a jak się nie przyzna, to mnie zamkną z dzieckiem w areszcie".
Poza częstymi i długotrwałymi przesłuchaniami aresztowani także w celach poddani byli nie mniej skutecznym, choć bardziej dyskretnym i wyrafinowanym metodom zdobywania informacji, wykorzystywanych przez śledczych w trakcie dalszych przesłuchań. Gromadzono je dzięki tzw. agenturze celnej, którą stanowili pozyskani różnymi sposobami do współpracy z UB współprzebywający w celi aresztanci. Księdza Bełcha rozpracowywał agent o pseudonimie "Zemsta".
Akt oskarżenia
Dnia 6 kwietnia 1951 r. Stanisław Dobrzyński podjął decyzję o zamknięciu śledztwa i pociągnięciu do odpowiedzialności karnej pozostałych osób związanych z ks. Pawlikiewiczem-Kociakiem. Następnego dnia sporządził akt oskarżenia, który przesłano do akceptacji w Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego. W przygotowanej 10 lipca 1951 r. odpowiedzi płk Józef Różański, dyrektor Departamentu Śledczego, zgodnie z zaleceniami Julii Brystigerowej, dyrektor Departamentu V, postanowił o wycofaniu oskarżenia wobec ks. Sternala i ks. Puzia oraz zwolnieniu ich z aresztu. Zdecydował ponadto o zmianie niektórych z postawionych wobec zatrzymanych zarzutów. Zgodnie z wytycznymi Dobrzyński 17 lipca sporządził nowy akt oskarżenia. Pominął w nim duchownych, wobec których umorzono śledztwo i których decyzją ppłk. Filipa Barskiego, wojskowego prokuratora rejonowego we Wrocławiu, zwolniono z aresztu.
Ksiądz Bełch oskarżony wówczas został o przynależność w okresie od 1945 do listopada 1949 r. na terenie woj. rzeszowskiego do nielegalnej organizacji SN. Zarzucono mu prowadzenie w jej ramach działalności publicystycznej, wydawanie nielegalnej prasy oraz przechowywanie od 6 XI 1949 r. archiwum organizacyjnego SN; podżeganie Bolesława Bełcha do dokonania napadu rabunkowego i wymierzenia chłosty na dwóch członkach PPR z powiatu rzeszowskiego, co miało być dokonane w lecie 1945; działanie na szkodę Narodu Polskiego przez napisanie w 1937 r. książki "Wici - Agraryzm - Siew".
W oczekiwaniu na proces sądowy i wyrok
1 sierpnia 1951 r. Wojskowy Sąd Rejonowy we Wrocławiu na posiedzeniu niejawnym przedłużył tymczasowe aresztowanie wobec osób objętych nowym aktem oskarżenia. Po zakończeniu czynności śledczych przeniesiono ich do wrocławskiego więzienia nr 1 przy ul. Kleczkowskiej. Stąd po uzupełnieniu przez wojskowego prokuratora rejonowego we Wrocławiu oczekiwanej przez WSR w Rzeszowie dokumentacji śledztwa - przed 25 marca 1952 r. przewiezieni zostali do więzienia na zamku Lubomirskich w Rzeszowie.
Proces przed WSR w Rzeszowie rozpoczął się 27 maja 1952 roku. Już w trzecim dniu jego trwania sąd na wniosek adwokata Jana Kanta z Warszawy, ze względu na zły stan zdrowia ks. Józefa Bełcha, wyłączył jego sprawę do odrębnego postępowania.
W stosunku do ks. Bełcha WSR w Rzeszowie podjął 6 listopada 1952 r. decyzję o przetransportowaniu go na oddział zamknięty Szpitala dla Psychicznie i Nerwowo Chorych w Kobierzynie koło Krakowa. Wydane po kilku miesiącach 16 kwietnia 1953 r. orzeczenie sądowo-psychiatryczne stwierdzało jego niezdolność oceny inkryminowanych mu czynów w momencie ich popełnienia oraz - wskazując na konieczność dalszego leczenia - odrzucało możliwość odbywania przez niego kary. Wobec takiej opinii medycznej WSR w Rzeszowie wystąpił o wykonanie kolejnych badań psychiatrycznych w Państwowym Szpitalu dla Nerwowo i Psychicznie Chorych w Pruszkowie koło Warszawy. Tym razem diagnoza z 24 listopada 1953 r. stwierdzała poczytalność oskarżonego w momencie popełniania zarzucanych mu czynów. Jednocześnie w piśmie z 22 lutego 1954 r. przesłanym z Pruszkowa do WSR w Rzeszowie stwierdzono, że dalszy pobyt w szpitalu jest niewskazany i możliwe jest stawienie się ks. Bełcha przed sądem, z zastrzeżeniem jednak konieczności bezpośredniego przewiezienia go na rozprawę.
Pomimo wyraźnych przeciwwskazań WSR w Rzeszowie pismem z 20 kwietnia 1954 r. polecił szpitalowi wydanie więźnia celem przetransportowania go pod eskortą milicji do więzienia w Rzeszowie. Po zrealizowaniu tego planu, wobec rozbieżności wcześniejszych diagnoz na temat stanu zdrowia ks. Bełcha, wystąpiono o dodatkowe badania lekarskie. Tym razem orzeczenie z 6 lipca wystawione przez dr. Batawię potwierdziło odpowiedzialność oskarżonego za popełnione czyny i umożliwiało podjęcie wobec ks. Bełcha procedur sądowych.
Rozprawa przed WSR w Rzeszowie rozpoczęła się 23 lipca 1954 roku. W skład zespołu sędziowskiego wchodzili: przewodniczący - kpt. Witold Wleciał; ławnicy - szer. Józef Kucharczyk i szer. Kazimierz Sabat. Prokurator w rozprawie nie uczestniczył, obrońcą z urzędu był mec. Witold Miksiewicz. Protokołował ppor. Jerzy Płąska. 31 lipca zapadł wyrok. Księdza Bełcha uznano za winnego przechowywania i rozpowszechniania pism oraz książek zawierających "fałszywe wiadomości mające wyrządzić istotną szkodę interesom Państwa Polskiego". Za czyny te skazano go na 7 lat więzienia oraz utratę praw publicznych i obywatelskich praw honorowych na okres 2 lat. Na mocy amnestii zaś z 1952 r. złagodzono wymiar kary o jedną trzecią, tzn. do 4 lat i 8 miesięcy więzienia. Powołując się natomiast na ustawę amnestyjną z 22 lutego 1947 roku, umorzono wobec niego postępowanie w związku z przynależnością do SN i przechowywaniem archiwum organizacji oraz podżeganiem do napadu rabunkowego i wymierzenia kary chłosty. Uniewinniono go ponadto od zarzutu działania w 1937 r. na szkodę państwa polskiego ze względu na treści zawarte w książce "Wici - Agraryzm - Siew". Na poczet tej kary zaliczono okres tymczasowego aresztowania od 21 października 1950 roku. Wyrok uprawomocnił się 8 sierpnia 1954 roku.
Początkowo ks. Bełch przebywał w więzieniu na Zamku w Rzeszowie, a od 22 października 1954 roku w Rawiczu. 10 sierpnia 1954 r. adwokat Witold Miksiewicz wniósł do WSR we Wrocławiu prośbę o przedterminowe zwolnienie ks. Bełcha z więzienia ze względu na stan zdrowia. Rozpatrzono ją 23 listopada 1954 r. na posiedzeniu niejawnym WSR w Krakowie, który warunkowo zwolnił ks. Bełcha z odbywania kary więzienia. Jednocześnie wyznaczono mu roczny okres próbny. 30 listopada zwolniono go z więzienia w Rawiczu. Natomiast 30 maja 1956 r. Wojskowy Sąd Garnizonowy w Krakowie na mocy ustawy o amnestii z 27 kwietnia 1956 r. darował w całości karę dodatkową - tzn. pozbawienia praw publicznych na okres 2 lat.
"Na wolności"
Po odzyskaniu wolności ks. Bełch do 13 marca 1955 r. przebywał u swej siostry Jadwigi Palacz w Sobniowie, a następnie u ks. Władysława Orzechowskiego w Niebieszczanach koło Sanoka. 27 kwietnia 1955 r. w odpowiedzi na skierowaną do Kurii Biskupiej w Przemyślu prośbę został ekskardynowany do diecezji wrocławskiej.
Dnia 8 września 1955 r., po uzyskaniu zgody Wydziału ds. Wyznań przy Prezydium Wojewódzkiej Rady Narodowej we Wrocławiu, mocą pisma wikariusza kapitulnego ks. Kazimierza Lagosza ks. Bełch ustanowiony został administratorem parafii w Smogorzowie Wielkim w dekanacie Wołów. Z powodu zniszczeń kościoła i plebanii zamieszkiwał jako sublokator u swych parafian, początkowo w Baszynie, później zaś w Smogorzowie. Pełniąc posługę duszpasterską, prowadził również odbudowę kościoła. Jego działalność już wkrótce znalazła się w sferze szczególnego zainteresowania Powiatowego Urzędu ds. Bezpieczeństwa Publicznego w Wołowie. 20 lutego 1956 r. funkcjonariusz tego urzędu chor. Bronisław Oleksy postanowił o założeniu na ks. Bełcha sprawy ewidencyjno-obserwacyjnej o kryptonimie "Fachowiec". W uzasadnieniu swej decyzji - poza powołaniem się na "więzienną" przeszłość kapłana - napisał: "Obecnie (...) uprawia wrogą działalność w postaci odciągania członków spółdzielni od pracy spółdzielczej, a angażuje [ich] razem z kom[itetem] odbudowy kościoła przy odbudowie kościoła w Smogorzowie Wielkim".
Przy finansowym wsparciu swego brata ks. Stanisława, przebywającego w Anglii, ks. Bełch prowadził również prace remontowe obiektów sakralnych w Baszynie i w Połczynie oraz budowę plebanii w Smogorzowie.
Aktywność ks. Bełcha i wydatkowanie na odbudowę i remonty obiektów sakralnych znacznych sum pieniężnych naraziły go również na podejrzenia ze strony MO i prokuratury o udział w 1962 r. w głośnym napadzie na bank w Wołowie. Nie zrażając się podejmowanymi wobec niego ze strony prokuratury, MO i SB działaniami oraz uciążliwymi kontrolami finansowymi, kontynuował z zapałem swą duszpasterską pracę.
Dnia 29 sierpnia 1965 r. ks. Bełch decyzją kurii podjął obowiązki proboszcza w parafii Sobótka. Jednocześnie 8 kwietnia 1966 r. powierzono mu zarząd parafii Rogów Sobócki. 7 lutego 1967 r. dekretem wikariusza kapitulnego ks. bp. Andrzeja Wronki mianowany został dziekanem nowo utworzonego dekanatu Sobótka. Z pełnionych funkcji ks. Bełch zwolniony został na własną prośbę przez ks. kard. Henryka Gulbinowicza - arcybiskupa metropolitę wrocławskiego, 31 sierpnia 1987 roku. Po przejściu na emeryturę, korzystając z zaproszenia biskupa przemyskiego Ignacego Tokarczuka, powrócił do diecezji przemyskiej. Zamieszkał w Diecezjalnym Domu Księży Emerytów "Emaus" w Korczynie koło Krosna. Dołączył do przybyłego tam z emigracji w Anglii swego brata ks. prof. Stanisława Bełcha. Obydwaj poświęcili się pracy naukowo-badawczej i publicystyce. Ksiądz Józef Bełch zmarł w Korczynie 10 września 1993 roku. Jego pogrzeb odbył się 12 września na cmentarzu w Jaśle-Sobniowie, z udziałem ordynariusza rzeszowskiego ks. bp. Kazimierza Górnego.
Dnia 31 maja 1994 r. na wniosek o. Piusa Bełcha Sąd Wojewódzki w Rzeszowie unieważnił wyrok WSR w Rzeszowie wydany w 1954 roku. Jednocześnie uznał, że działalność ks. Bełcha w strukturach SN i NOW miała na celu zapewnienie państwu polskiemu niepodległości i suwerennego bytu.
Stanisław A. Bogaczewicz
Monday, August 13, 2007
Ciemna strona TVN i nowe ataki na Radio Maryja




Ciemna strona TVN i nowe ataki na Radio Maryja
Nasz Dziennik, 2007-08-13
Przedstawiciel TVN nadesłał do "Naszego Dziennika" pismo oprotestowujące moje bardzo krytyczne uwagi o funkcjonowaniu tej komercyjnej stacji telewizyjnej. Przedstawiciel TVN uskarża się na krytyczne jej potraktowanie. Nie zdaje sobie najwyraźniej sprawy z tego, że nie żyjemy już w PRL-u, kiedy tak wielkie wpływy miał twórca TVN pan Mariusz Walter.
Szokujące wprost jest wystąpienie przedstawiciela TVN zmierzające do ograniczenia wolności słowa w Polsce poprzez zamknięcie ust krytykom metod działania i programów jego stacji telewizyjnej. Wyjaśnię więc jeszcze raz przedstawicielowi TVN, dlaczego jestem krytyczny wobec jego stacji telewizyjnej marnującej doskonały, arcynowoczesny sprzęt w imię bardzo niedobrych i szkodliwych, jątrzących celów. TVN od dawna jest stacją telewizyjną o bardzo tendencyjnym charakterze, co udowodnię w dalszej części mego tekstu przez przywołanie opinii z odległych od linii "Naszego Dziennika" gazet, takich jak "Rzeczpospolita" i "Dziennik". Tendencyjność TVN 24 polega przede wszystkim na wyraźnym jednostronnym nagłaśnianiu opinii uderzających w rządy PiS i program IV Rzeczypospolitej, starannym doborze takich interlokutorów, którzy zapewniliby dominację głosów lewackiej i liberalnej opozycji. Kiedy niespodziewanie dla redaktorów program TVN wymyka się spod kontroli i zaczynają w nim dominować wypowiedzi "niepoprawne politycznie" z punktu widzenia TVN, to program się pośpiesznie przerywa, nie dając dokończyć bardzo ważnej wypowiedzi osoby inaczej myślącej. Tak się stało dwa tygodnie temu, kiedy prof. Bogusław Wolniewicz, ku zaskoczeniu redaktora TVN, wyraźnie zatriumfował intelektualnie w toku programu i nagłaśniał bardzo skutecznie rzeczy niewygodne dla TVN (m.in. o maczudze, jaką jest straszak antysemityzmu, i o fatalnej roli mediów z obcym kapitałem). Program pośpiesznie przerwano, nie dając profesorowi Wolniewiczowi dokończyć bardzo ważnej wypowiedzi.
Jątrzenie przeciw Radiu Maryja
Jedną z głównych spraw szczególnie mocno kompromitujących metody działania TVN jest jątrzący, nienawistny sposób, w jaki przedstawia się w tej stacji telewizyjnej Radio Maryja i dyrektora tego Radia Ojca Tadeusza Rydzyka. Czy naprawdę trzeba przypominać redaktorom TVN, w jak niegodziwy, całkowicie sprzeczny z etyką dziennikarską sposób zachowywali się niejednokrotnie w przeszłości wobec Radia Maryja? Pozwolę sobie tu przypomnieć tylko jakże wymowne fragmenty listu o. Jacka Cydzika z 5 lipca 2005 r., w imieniu dyrektora Radia Maryja o. Tadeusza Rydzyka odmawiającego udzielenia wywiadu TVN. W liście tym, skierowanym do dziennikarza telewizji TVN Grzegorza Kuczka, o. Jacek Cydzik pisał m.in.: " Zarówno TVN, jak i Pan osobiście, niejednokrotnie "wsławiliście się" stosowaniem wobec Radia Maryja metod urągających zasadom etyki dziennikarskiej, a także temu, co zwykliśmy w Europie i w całym cywilizowanym świecie uważać za postawy kultury i dobrego wychowania. W naszym środowisku wywiadów zwykliśmy udzielać ludziom i mediom wiarygodnym. Jednak TVN, jak również Pan, niejednokrotnie w brutalny i podstępny sposób łamaliście nasze prawo do dobrego imienia oraz wiele razy podżegaliście przeciwko nam opinię publiczną. Manipulacja, kłamstwo czy oszczerstwo to tylko niektóre z całego arsenału brudnych środków, jakimi TVN i Pan posługiwaliście się i w dalszym ciągu posługujecie wobec Radia Maryja. Podszywanie się pod fikcyjne osoby, bezprawne wtargnięcie na teren prywatny, podstępne posługiwanie się ukrytą kamerą, filmowanie i nagrywanie bez uprzedniej zgody rozmówcy, publikacja zarejestrowanych z pogwałceniem prawa prasowego wypowiedzi bez autoryzacji - oto środki, przy użyciu których zarówno Pan, jak i stacja TVN dopuściliście się podeptania wolności osobistej niejednego z pracowników lub słuchaczy Radia Maryja. Niestety, krzywdy wyrządzone nam przez Pana i reprezentowaną przez Pana stację TVN nigdy nie zostały naprawione" (cyt. za: "Nasz Dziennik" z 5 lipca 2005 r.).
Mówiąc i pisząc o zafałszowaniach TVN 24 w odniesieniu do Radia Maryja i jego dyrektora o. Tadeusza Rydzyka, akcentowałem: "Twierdzi się w TVN 24, i to pokazuje się na napisach, że ojciec Tadeusz Rydzyk rzekomo powiedział o prezydencie Lechu Kaczyńskim: "Kaczyński to oszust ulegający Żydom". Otóż nigdzie w domniemanych fragmentach tekstu wypowiedzi ojca Rydzyka, przytoczonych we "Wprost" nie ma nazwania prezydenta Kaczyńskiego oszustem. Jest stwierdzenie, że Lech Kaczyński oszukał w jakiejś jednej sprawie. A więc jest to wyraźne deformowanie tekstu". Jeśli redaktorzy TVN nawet teraz starają się zaprzeczyć temu, że wyraźnie zdeformowali i zafałszowali wypowiedź Ojca Dyrektora w stosunku do tekstu podanego we "Wprost", to jest to najwyraźniejszy dowód, że mają kłopoty z opanowaniem sensu różnych wyrazów w języku polskim i powinni jak najszybciej pójść na przyśpieszony kurs do jakiegoś profesora polonistyki. To, że ktoś oszukał w jakiejś pojedynczej sprawie, np. złamał tę czy inną obietnicę wyborczą, w żadnym razie nie oznacza jeszcze tego samego, co nazwanie go oszustem. W języku polskim oszustem nazywamy wyłącznie tę osobę, która stale i świadomie okłamuje innych, po prostu ma oszustwo zakodowane w genach.
Pisałem również, że "Szczególnie ordynarnym fałszem w TVN 24 jest wypowiadane twierdzenie sugerujące, że ojciec Rydzyk jakoby nazwał prezydentową Kaczyńską czarownicą i sugerował, by poddała się eutanazji. Z tekstu "Wprost" wynika coś diametralnie odmiennego, że chodzi o Magdalenę Środę". Redaktorom TVN radzę uważnie, ale to bardzo uważnie przeczytać cały tekst we "Wprost". Otóż nie znajdą tam żadnych uwag o. Rydzyka krytykujących prezydentową Marię Kaczyńską za propagowanie eutanazji, bo prezydentowa Kaczyńska nigdy eutanazji nie propagowała. Znajdą natomiast wyraźną krytykę pani Środy za propagowanie eutanazji, stąd i zwrot "Ty eutanazjo" może się odnosić tylko i wyłącznie do pani Środy.
Po dziś dzień powtarza się praktyka, że TVN świadomie powtarza o Radiu Maryja i jego dyrektorze wiadomości całkowicie niesprawdzone, całkowicie wyssane z palca. By odwołać się choćby do przykładu z ostatnich dni, gdy TVN powtarzała kłamliwe informacje o rzekomym spotkaniu o. Rydzyka z Andrzejem Lepperem i Romanen Giertychem na Jasnej Górze. Spotkaniu, które rzekomo miało się odbyć akurat w dniu, gdy o. T. Rydzyk jechał do Rzymu na audiencję do Ojca Świętego.
Po stronie lewactwa
Godząca w rządy PiS i generalnie w prawicę tendencyjność TVN pochodzi z jej wyraźnych skłonności lewicowych, widocznych choćby w szczególnym promowaniu przez lata byłego prezydenta RP Aleksandra Kwaśniewskiego i jego małżonki, jej fundacji etc. oraz innych postaci z postkomunistycznej łączki. Rozmiarami tendencyjności programów TVN 24 w ich skoncentrowaniu się na nagłaśnianiu i promowaniu osób z kręgów postkomunistycznych niejednokrotnie zadziwiali się przeróżni obserwatorzy polskiej sceny medialnej. Na przykład we "Wprost" z 24 lipca 2005 r. (na s. 37) pisano o szczególnych rozmiarach manipulacji na rzecz kandydatury Włodzimierza Cimoszewicza jako "ostatniej nadziei obrońców III RP": "Oto przykład z ostatniego tygodnia - lista gości głównego, prawie półgodzinnego wywiadu TVN 24, emitowanego o dziewiątej rano i powtarzanego później: Włodzimierz Cimoszewicz, Katarzyna Piekarska (szefowa jego sztabu wyborczego), Tomasz Nałęcz (jeden z najbardziej sprzyjających Cimoszewiczowi polityków SLD) i Marek Siwiec, szef Ordynackiej, która zgłaszała Cimoszewicza".
Życzliwości dla postkomunistycznej lewicy w TVN towarzyszyła równie wyraźna nieżyczliwość wobec patriotycznej prawicy i rządu obecnej koalicji. Jakże bardzo TVN zależało na tym, by ta koalicja upadła. Czy mam przypomnieć rozliczne programy, w których redaktorzy TVN, zatracając status obiektywnego dziennikarstwa, dosłownie wychodzili z siebie, by przekonać Leppera i innych polityków Samoobrony, że powinni jak najszybciej wyjść z koalicji, w której nie są odpowiednio dobrze traktowani. Ileż to razy podjudzano polityków z innych partii rządzącej koalicji, pytając się ich, jak długo wytrzymają "nierówne" traktowanie ich przez PiS i premiera Jarosława Kaczyńskiego. Zapytam: co tego rodzaju praktyki redaktorów TVN miały wspólnego z obiektywnym dziennikarstwem? Dodajmy do tego jakże częste malowanie w przeróżnych ujęciach czarnego obrazu Polski rządzonej przez Kaczyńskich, lansowanie przeciw nim swoistej "propagandy klęski".
Przedstawiciel TVN oburzył się na użyte w moim tekście stwierdzenie, że "TVN robiła wszystko, by przyczynić się do rozszerzenia strajku (pielęgniarek) przez jego maksymalne i jednostronne nagłośnienie". Zdaniem przedstawiciela TVN takie moje twierdzenie jest nieprawdziwe i obciąża TVN oskarżeniami o wywoływanie w Polsce kryzysu. Strasznie zdumiewa mnie tak krótka pamięć szefów i redaktorów TVN. Radzę im, by zajrzeli do swoich programów z czasów strajku pielęgniarek i starannie policzyli, jak często pokazywali w TVN zdjęcia z bębniącymi w butelki pielęgniarkami. Były to dosłownie setki ujęć pokazywanych aż do maksymalnego znudzenia telewidzów. Szły one w parze z wyraźnie jednostronnym doborem materiału o strajku pielęgniarek, zdominowanym przez różnorakie głosy poparcia dla tego strajku. To ciągłe reklamowanie strajku pielęgniarek łączyło się z równoczesnym unikaniem informacji o tym, kto go wykorzystuje do celów politycznych, jakie są powiązania polityczne przywódczyń strajku. Na szczęście wszelkie reklamowanie i nagłaśnianie tego wydarzenia nic nie pomogło, skończył się on zasłużonym fiaskiem, zasłużonym, bo nie chodziło o faktyczne załatwienie problemów pielęgniarek, a o osłabianie rządu.
TVN budzi bardzo mocne zastrzeżenia również tendencyjnością swego stosunku do Kościoła (szczególnie widoczną w nagonkach na Radio Maryja i o. T. Rydzyka) oraz polskiego patriotyzmu, jednostronnością w przedstawianiu stosunków polsko-żydowskich (choćby w nagłaśnianiu czołowego polakożercy J.T. Grossa). Warto w tym kontekście wspomnieć również o wielokrotnie okazywanej tak rażącej obojętności TVN wobec rocznic drogich dla wszystkich czujących i myślących po polsku. Niejednokrotnie zauważałem skandaliczny wręcz brak odpowiedniego zaakcentowania znaczenia tych rocznic w takie dni, jak 3 maja, 15 sierpnia czy 11 listopada. Komercja komercją, ale telewizyjna stacja, nawet komercyjna, powinna dużo bardziej liczyć się z patriotycznymi uczuciami polskich telewidzów.
Przekroczenie granic dziennikarstwa w programie TVN
Powszechnie wiadomo, jaką rolę odegrali dziennikarze TVN Andrzej Morozowski i Tomasz Sekielski w przygotowaniu podsłuchu Renaty Beger wobec związanych z PiS polityków i zmontowaniu osławionych taśm Renaty Beger. Przypomnę, jak ostro potępiła te manipulacje dziennikarskie znana dziennikarka radiowa Janina Jankowska, przewodnicząca rady programowej TVP. W artykule "Czwarta władza wkracza do polityki" ("Rzeczpospolita" z 2 października 2006 r.) Jankowska pisała m.in.: "W programie Tomasza Sekielskiego i Andrzeja Morozowskiego granice dopuszczalne w medialnym show zostały przekroczone . Nie ma chyba lepszego przykładu na siłę medialnego przekazu, niż wyemitowany w programie "Teraz My" materiał dziennikarski zarejestrowany w hotelu sejmowym - demaskatorskie dzieło spółki autorskiej Andrzeja Morozowskiego i Renaty Beger. Wkład tej ostatniej był znaczący, współautorstwo scenariusza i perfekcyjne wykonanie. Razem stworzyli prawdziwe dziełko audiowizualne. Polityczny Big Brother Andrzej Morozowski i Tomasz Sekielski rozszerzają gamę środków pozyskiwania informacji o szczególne prowokacje . Na czym polega naruszenie etyki zawodowej w materiale zaprezentowanym w programie "Teraz My"? Tu dziennikarze na wstępie weszli w porozumienie z jedną stroną konfliktu międzypartyjnego. Zwrócili się do Samoobrony, by upokarzać drugą stronę. A przecież PiS i Samoobrona to byli partnerzy, do których dziennikarz powinien podejść z jednakowym dystansem. Tymczasem prominentny aktywista samoobrony, poseł Maksymiuk, przyjął funkcję kierownika produkcji materiału dziennikarskiego, wyznaczył posłankę Renatę, która jeszcze niedawno na łamach prasy publicznie sygnalizowała swoje rozterki związane z wyjściem z Samoobrony. Teraz miała dowieść partyjnej lojalności. Skąd taka zmiana - to dziennikarzy TVN nie interesuje. Nastawieni są na zapolowanie na PiS, tworzą, można rzec, zespół realizacyjny z politykami Samoobrony. Narada, miejsce zdjęć, z jakiego planu, gdzie ukryć kamerę. Pełna współpraca między politykami Samoobrony a dziennikarzami TVN . Posłanka Renata doskonale gra swoją rolę, pyta o wszystko, co może maksymalnie skompromitować rozmówcę. Po każdej sesji nagraniowej rozpiera ją duma - dzwoni z relacjami do redaktorów, otrzymuje pochwały, cały trzydniowy okres zdjęciowy na gorącej linii.
Gratuluję kolegom z TVN zawodowych osiągnięć i wyjątkowego fartu. Nieczęsto materiał dziennikarski wstrząsa milionami. To niewątpliwy sukces. Czy mają jednak odrobinę świadomości, że przy okazji wykreowali nowy symbol odnowy moralnej - osobę skazaną za oszustwo? Reasumując, to był przykład pozyskania materiału w sposób naruszający normy zawodowe, ponieważ powstał w wyniku porozumienia dziennikarzy z politykami jednej strony konfliktu. Bardzo niebezpieczna metoda, prowadząca niezauważalnie na manowce. Można stać się więźniem ludzi, których traktuje się jako narzędzie. - "Beger była narzędziem" - zatytułował "Przekrój" wywiad z autorami "Teraz My". Czyżby? Może dla niej i Samoobrony TVN była narzędziem? W tej akcji dziennikarze TVN stracili niezależność, wchodząc w porozumienie z jedną stroną konfliktu. Od pewnego już czasu spora część dziennikarzy bierze na siebie obowiązki opozycji. Czy w tym przypadku autorami kierowała osobista antypatia, szczególnie Andrzeja Morozowskiego do PiS-u i generalnie prawicy, czy chęć osiągnięcia sukcesu, jakiego nie miała jeszcze żadna stacja telewizyjna?".
"Tendencyjne dziennikarstwo najgorszego sortu"
Niedługo potem w centrowej "Rzeczpospolitej" ukazało się inne, bardzo ostre oskarżenie tendencyjności wspomnianych dwóch dziennikarzy TVN: A. Morozowskiego i T. Sekielskiego. Oto, co pisał w tej sprawie Marek Magierowski w tekście "Dziennikarz krzyczy na polityka" ("Rzeczpospolita" z 4 października 2006 r.): "Andrzej Morozowski i Tomasz Sekielski urządzili wczoraj wieczorem pokaz tendencyjnego dziennikarstwa najgorszego sortu. W swoim programie "Teraz My" dokonali publicznej egzekucji posła PiS Jacka Kurskiego. Poniżyli go i wdeptali w ziemię, przy gromkim aplauzie publiczności". Magierowski pisał, że dziennikarze TVN potraktowali posła J. Kurskiego "w sposób chamski, jakby chcieli pokazać milionom Polaków, że uważają go za śmiecia Nie ma usprawiedliwienia dla Morozowskiego i Sekielskiego: gdy dziennikarz zaczyna krzyczeć na polityka, oznacza to, że powinien jak najszybciej zmienić zawód".
Znamienny był również opublikowany kilka dni później komentarz innej gazety codziennej - "Dziennika", w numerze z 9 października 2006 roku. Publicysta "Dziennika" Igor Zalewski pisał w komentarzu zatytułowanym "Krótka historia niebieskości": "Ostatnie programy Andrzeja Morozowskiego i Tomasza Sekielskiego rzeczywiście balansowały na granicy dziennikarstwa. Nie potępiam, tylko zachęcam do refleksji. Czy wchodzenie w sojusze z jednymi politykami, żeby wrobić innych, nie jest przekraczaniem dziennikarskiego Rubikonu? Tym, którzy uważają, że nie, przypomnę poprzednią próbę takiej prowokacji: Jana Artymowskiego wyposażono w kamery i posłano na kongres PO. Wtedy wzbudziło to powszechny niesmak, a sam Artymowski przeprosił za tę akcję".
Obu dziennikarzy TVN ostro skrytykowała prezes SDP Krystyna Mokrosińska, akcentując: "Dziennikarz nie ma prawa zachowywać się w ten sposób" (por. "PiS bojkotuje "Teraz My". Wojna z TVN", "Dziennik" z 6 czerwca 2006 r.). Pod wpływem powszechnej krytyki obaj dziennikarze TVN: Morozowski i Sekielski, zmuszeni byli przeprosić widzów za swoje zachowanie w czasie audycji z Kurskim w odpowiedzi na "niegodne" potraktowanie go. W czasie programu posłowie PiS postanowili zbojkotować program TVN "Teraz My" prowadzony przez Morozowskiego i Sekielskiego (por. jw.).
"Świństwo" Andrzeja Morozowskiego
Zastanawiając się nad działaniami A. Morozowskiego jako dziennikarza TVN, warto przypomnieć wcześniejszą o dziewięć lat historię z jego życia. Według "Dziennika" z 18 października 2006 r. "Jan Pospieszalski, gospodarz programu "Warto rozmawiać" w TVP, opisując sprawę taśm Renaty Beger, zarzucił w swoim blogu Andrzejowi Morozowskiemu i Tomaszowi Sekielskiemu, że "bardziej bawi ich robienie polityki, niż jej opisywanie". - W przypadku Morozowskiego nic w tym dziwnego - napisał w swoim blogu Pospieszalski. "Ambicje wpływania na bieg wydarzeń dały o sobie znać już 9 lat temu podczas przygotowywania przez Jacka Łęckiego i Rafała Kasparowa artykułu "Wakacje z agentem", gdy tylko Andrzej Morozowski dowiedział się, że "Życie" szykuje ten materiał, pobiegł do ministra Siemiątkowskiego i doniósł, co trzeba".
Chodzi o słynne publikacje "Życia" dotyczące spotkań Aleksandra Kwaśniewskiego z rosyjskim agentem Władimirem Ałganowem. W tym czasie Siemiątkowski był koordynatorem służb specjalnych. W rozmowie z nami Pospieszalski przyznał, że użycie słowa "donos" w blogu było błędem. Jednakże twardo obstaje, że kontakty Morozowskiego z szefem służb specjalnych w sprawie materiałów, które zbierają inni dziennikarze, są "mocno podejrzane"" (por. M. Pietkiewicz: "Skąd służby wiedziały o "Wakacjach z agentem", "Dziennik" z 18 października 2006 r.).
Oskarżony tak mocno przez J. Pospieszalskiego A. Morozowski próbował zanegować jego oskarżenia. W rozmowie z dziennikarką "Dziennika" Morozowski stwierdził: "Zaprzeczam kategorycznie, to jest nieprawda. Nie pamiętam, by w trakcie procesu, który prezydent Kwaśniewski wytoczył dziennikarzom "Życia" za pomówienia, pojawił się zarzut pod moim adresem. Czekam, aż mnie pan Pospieszalski oskarży, że to, co robiłem, robiłem na zlecenie Mossadu, bo przecież nie ukrywam, że mam żydowskie pochodzenie" (cyt. za M. Pietkiewicz, op.cit.). Z kolei Jacek Łęski w rozmowie z "Dziennikiem" stwierdził: "Podczas procesu chcieliśmy udowodnić, że Kancelaria Prezydenta unikała rozmowy z nami, bo wiedziała, że szykujemy artykuł o kontaktach Kwaśniewskiego z agentem Ałganowem. Osobiście uważam, że rozmowy Morozowskiego z Siemiątkowskim na temat "Wakacji z agentem" to było świństwo" (cyt. za M. Pietkiewicz, op.cit.).
Inne tendencyjne programy TVN
Bardzo wiele zastrzeżeń swoją skrajną tendencyjnością wywołuje wciąż inny sztandarowy program TVN "Szkło kontaktowe". Redaktorzy tego programu odznaczają się niezwykłą grubiańskością ataków na rządzącą koalicję czy Radio Maryja. Ze szczególnym zadowoleniem podsycają przy tym swymi komentarzami co bardziej chamskie odzywki telewidzów, uderzające w najwyraźniej znienawidzonych przez nich polityków rządzących. Warto przypomnieć w tym kontekście jakże wymowny komentarz wicepremiera Ludwika Dorna w wywiadzie dla "Dziennika" z 26-27 sierpnia 2006 r.: "najbardziej agresywna i widoczna jest specyficzna grupka, do której konkretnie adresuję określenie "wykształciuchy". Dla przykładu, od czasu do czasu, nie bez wewnętrznej satysfakcji, przez dziesięć, piętnaście minut oglądam w TVN 24 program "natargetowany" na grupę wykształciuchów. Otóż w wypowiedziach telewidzów poziom niechęci, agresji, braku taktu i kultury jest taki, że gdyby z innym znakiem towarowym pojawiały się i były dopuszczane w Radiu Maryja albo w TV Trwam, to rozległby się wrzask na całą Polskę i trzy czwarte Europy" (por. L. Dorn: "Dzięki nam Polska znowu ruszyła do przodu", "Dziennik" z 26-27 sierpnia 2006 r.).
Innym sztandarowym programem TVN, a zarazem wzorcem skrajnej tendencyjności jest program Moniki Olejnik "Kropka nad i". O jakże jednostronnej, łamiącej podstawowe zasady obiektywnego dziennikarstwa publicystce M. Olejnik pisałem już parę miesięcy temu w "Naszym Dzienniku" i nie chciałbym teraz tracić na nią miejsca. Przypomnę tu tylko niektóre elementy występów telewizyjnych M. Olejnik: wyraźną, nachalnie okazywaną niechęć do polityków rządzącej koalicji i programu IV Rzeczypospolitej oraz próby dzielenia członków rządzącej koalicji, podjudzania jednych przeciw drugim, zajadłą niechęć do lustracji, poparcie dla lewactwa obyczajowego, wyraźnie okazywaną skrajną fobię do Radia Maryja, skłonność do tropienia domniemanego "polskiego nacjonalizmu i antysemityzmu", która popchnęła Olejnik w swoim czasie do panegirycznego nagłaśniania haniebnego polakożercy J.T. Grossa.
Skandal z agentem Milanem Suboticiem
W początkach października 2006 r. wybuchła prawdziwa bomba informacyjna. W mediach pojawiła się wiadomość, że jeden z czołowych dziennikarzy TVN, zastępca dyrektora programowego tej stacji telewizyjnej Milan Subotić był związany ze służbami specjalnymi PRL. Subotić odrzucił wszystkie oskarżenia o agenturalną przeszłość. W specjalnym oświadczeniu stwierdził, że nigdy nie był agentem WSI, a wysuwane przeciwko niemu zarzuty są "bezczelnym kłamstwem". Początkowo w swych zaprzeczeniach miał zdecydowane poparcie TVN. W "Dzienniku" z 7-8 października 2006 r. ukazało się oświadczenie Jarosława Potasza, członka zarządu TVN i dyrektora ds. produkcji, stwierdzające m.in.: "Znam przeszłość zawodową Milana Suboticia związaną z pracą w telewizji, te dane są w dziale kadr TVN. Nie znałem natomiast i do dzisiaj nie znam żadnych faktów potwierdzających jego rzekomą agenturalną przeszłość" (por. J. Potasz: "Nic nie wiem o rzekomo agenturalnej przeszłości Suboticia", "Dziennik" z 7-8 października 2006 r.). Również sam prezes TVN 24 i członek zarządu TVN Adam Pieczyński mówił na antenie TVN: "Musimy mu [Suboticiowi - J.R.N.] wierzyć, dopóki nie dostaniemy od władzy dokumentów. Wzywamy do ich ujawnienia" (cyt. za A. Kublik, W. Czuchnowski "Zemsta Prawa i Sprawiedliwości na TVN", "Gazeta Wyborcza" z 4 października 2006 r.).
Usilne zaprzeczenia Suboticia nic nie pomogły i wkrótce zostały obalone przez twarde fakty. IPN na wniosek MON odtajnił dokumenty dotyczące Suboticia. Wynikało z nich aż nadto jednoznacznie, że Subotić podpisał w 1984 r. lojalkę zobowiązującą do współpracy z wywiadem wojskowym. Zadaniem Suboticia, "miało być rozpracowywanie ludzi, zatrudnionych w Telewizji Polskiej, której Subotić był dziennikarzem" (wg APA: "Sprawa Suboticia", "Przekrój" z 26 października 2006 r.). Skonsternowana dziennikarka TVN Katarzyna Kolenda-Zaleska przyznała w rozmowie z dziennikarzem "Dziennika", że dziennikarze TVN byli zaskoczeni i zdruzgotani informacją o współpracy Suboticia ze służbami. "Jest mi strasznie przykro. Zawiodłam się. Gdy przeczytałam tę lojalkę, poraziło mnie" - powiedziała Kolenda-Zaleska (wg M. Sosnowskiego: "Człowiek od informacji", "Dziennik" z 23 października 2006 r.).
Od 1997 r. zaczyna się kariera Suboticia w TVN. Początkowo współtworzył tam "Fakty". Już po roku dzięki poparciu obecnego dyrektora programowego TVN Edwarda Miszczaka został najpierw sekretarzem programowym TVN, a następnie zastępcą dyrektora programowego TVN, tegoż Miszczaka. Razem z nim kolaudował, czyli recenzował i zatwierdzał do emisji programy, głównie publicystyczne i śledcze, pomagał w układaniu ramówki.
Według publikowanego w "Dzienniku" tekstu, koordynator służb specjalnych Zbigniew Wassermann sugerował, że "przeszłość Suboticia mogła mieć wpływ na program TVN". Nazwał tę stację "dziwną firmą". "Jeśli popatrzeć, jak relacjonuje przebieg życia publicznego, to można dojść do wniosku, że to strona politycznego sporu" - uzasadniał Wassermann (por. pg, PAP: "Dlaczego go nie zwolnili", "Dziennik" z 23 października 2006 r.). Pomimo opublikowania dokumentów kompromitujących Suboticia jako byłego agenta wywiadu, TVN nie zwolniła go z pracy w tej stacji. Członkowie zarządu TVN napisali w specjalnym oświadczeniu, iż "Nigdy nie odnotowaliśmy, by jego [Suboticia - J.R.N.] przeszłość miała jakikolwiek wpływ na pracę w naszej stacji" (por. tamże). Został jednak przeniesiony ze stanowiska wicedyrektora programowego TVN na stanowisko koordynatora emisji w dziale techniki. Według tekstu Luizy Zalewskiej w "Dzienniku" z 11 sierpnia 2007 r., obecnie Subotić "Pilnuje, czy materiały są gotowe do wyemitowania, mają odpowiednią jakość, wymagany czas, itd. Czasem dziennikarze stacji żartują sobie na korytarzu, że dział techniki Suboticia to dział techniki operacyjnej i zajmuje się zakładaniem podsłuchów" (por. L. Zalewska: "Agenci bezpieki - niezaplanowane scenariusze", "Dziennik" z 11-12 sierpnia 2007).
Prof. Jerzy Robert Nowak
Sunday, August 12, 2007
Kampania wrogości rozpętana przeciwko Radiu Maryja









Nie damy sie podzielic.
Szturm na Watykan
Nasz Dziennik, 2007-08-12
Spotkanie z Ojcem Świętym
Niedzielne spotkanie z Ojcem Świętym o. Zdzisława Klafki, prowincjała Warszawskiej Prowincji Ojców Redemptorystów, o. Adama Owczarskiego z Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych i o. Tadeusza Rydzyka, dyrektora Radia Maryja, rzeczywiście bardzo rozwścieczyło wszystkich tych, którzy od lat pod różnymi pretekstami atakują toruńską rozgłośnię. Można się było spodziewać, że obok agresywnych publikacji i komentarzy w mediach, zarówno w Polsce, jak i za granicą, ci, dla których środki społecznego przekazu wolne od politycznej poprawności są od lat wielką zadrą w oku, przystąpią teraz do szturmu na Watykan. Świadczy o tym wydany wczoraj Komunikat Biura Prasowego Stolicy Apostolskiej, będący odpowiedzią - jak w nim czytamy - "na prośby o wyjaśnienie" w sprawie niedzielnego oddania czci i szacunku Ojcu Świętemu przez o. Tadeusza Rydzyka w Castel Gandolfo. Doskonale wiemy, że od lat zagraniczne media, które niestety w dużej mierze sugerują się publikacjami określonych mediów w Polsce, rozpowszechniają wśród swych odbiorców wizję dyrektora Radia Maryja i samej rozgłośni jako ziejącej wrogością, agresją, antysemityzmem itd. Komunikat Biura Prasowego Stolicy Apostolskiej odpowiada im wszystkim: "W odpowiedzi na prośby o wyjaśnienie dotyczące 'baciamano' [ucałowania ręki Ojca Świętego] przez o. Tadeusza Rydzyka po zakończeniu niedzielnej modlitwy 'Anioł Pański' 5 sierpnia, podaje się do wiadomości, że fakt ten nie pociąga za sobą żadnej zmiany dobrze znanego stanowiska Stolicy Apostolskiej w sprawie stosunków między katolikami i żydami".
W rzeczywistości przecież nikt z uczestników spotkania z Ojcem Świętym nie miał, nie ma i mieć nie będzie odmiennego zdania o relacji katolików z wyznawcami judaizmu niż to, które stanowi nauczanie Kościoła, "który potępia wszelkie prześladowania, przeciw jakimkolwiek ludziom zwrócone, pomnąc na wspólne z Żydami dziedzictwo, opłakuje - nie z pobudek politycznych, ale pod wpływem religijnej miłości ewangelizacyjnej - akty nienawiści, prześladowania, przejawy antysemityzmu, które kiedykolwiek i przez kogokolwiek kierowane były przeciw Żydom" (Deklaracja o stosunku Kościoła do religii niechrześcijańskich, 4). Dostrzeganie zaś w każdej wypowiedzi, która zawiera słowa "Żyd", "żydowski", antysemityzmu i przypisywanie zawsze takich intencji wypowiadającemu stanowi nadużycie i przyczynia się do jego zniesławienia. Niestety, w przypadku dyrektora Radia Maryja ostatecznie o to właśnie zniesławianie chodzi. Tym jednak, którzy na różne sposoby chcą "zadeptać" tego kapłana, przypominamy, że tak jak antysemityzm jest grzechem, tak też nienawiść kierowana pod adresem o. Tadeusza Rydzyka jest grzechem. Katechizm Kościoła Katolickiego naucza: "Nienawiść do bliźniego jest grzechem, gdy człowiek dobrowolnie chce dla niego zła. Nienawiść jest grzechem ciężkim, gdy dobrowolnie życzy się bliźniemu poważnej szkody" (KKK 2303). W artykułach atakujących dyrektora Radia Maryja i komentarzach nimi wywołanych aż roi się od "propozycji", co z nim zrobić, gdzie go wysłać itd.
Kampania wrogości rozpętana przeciwko Radiu Maryja, ale także przeciwko jego słuchaczom, to poważna rana zadawana Kościołowi w Polsce. Rana tym boleśniejsza, że zadawana grzechem nienawiści do księdza, zakonnika, który swe życie poświęcił w służbie Odkupicielowi i Jego Matce. Reakcja na to wszystko nie może być inna, jak ta, której nauczył nas Jezus Chrystus: "Miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują; tak będziecie synami Ojca waszego, który jest w niebie..." (Mt 5, 44-45).
Sławomir Jagodziński
Wednesday, August 1, 2007
Ambasador Izraela ingeruje w wewnętrzne sprawy Polski i polskiego Koscioła.


Klania sieLech Bajan z Waszyngtonu.
Opeluje do naposania listu protestujacego do The American Center of Polish Culture
Tego samego centrum ktore goscilo to Waszyngtonie tego samego Ambasador Izraela w Polsce Davida Pelega, ktory ingeruje w wewnętrzne sprawy Polski i polskiego Koscioła.
To na tym polega dialog aby szkalowac Polske i Polakow.
Ambasador David Peleg powinien byc adwolany z Polski.
Napiszcie list protestu do The American Center of Polish Culture albo do mnie
office@raqport.com
Monika Krol, Ph.D.
Executive Director
The American Center of Polish Culture
2025 "O" Street, N.W.
Washington, DC 20036-5913
Phone: (202) 785-2320
Fax: (202) 785-2159
Email: director@polishcenterdc.org
Web: www.polishcenterdc.org
Ambasador Izraela ingeruje w wewnętrzne sprawy Polski i polskiego Koscioła.
Nasz Dziennik, 2007-08-01
Występując do polskiego rządu i władz kościelnych z żądaniem potępienia rzekomych wypowiedzi ojca Tadeusza Rydzyka nagłośnionych przez "Wprost", ambasador Izraela w Warszawie naruszył dobre obyczaje obowiązujące w dyplomacji.
Jego żądanie jest bowiem niczym nieuzasadnioną ingerencją w wewnętrzne sprawy Polski i polskiego Kościoła. Ingerencja ta budzi tym większy sprzeciw, że ambasador Dawid Peleg oparł ją na pojęciu antysemityzmu, którego w owych wypowiedziach nie ma. Nie jest bowiem antysemityzmem zawarta w nagraniach "Wprost" informacja o roszczeniach majątkowych, jakie wysuwają pod adresem Polski amerykańskie organizacje żydowskie. Roszczenia te nie są fikcją; opiewają na sumę ponad 60 miliardów dolarów. Każdy Polak ma prawo o nich wiedzieć, gdyż pełna ich realizacja oznacza zniszczenie ekonomiczne Polski. Informowanie o tym polskiego społeczeństwa jest warunkiem nie tylko partnerstwa w stosunkach polsko-żydowskich, ale również demokracji i tolerancji. Groźne jest jedynie ukrywanie prawdy na ten temat. Szkodzi ono obu narodom i ich wzajemnym relacjom. Nieuzasadnione jest również określanie mianem antysemickiego pojęcia "lobby żydowskie", które występuje w wymienionych nagraniach. Jako absolwentka filologii polskiej, którą ukończyłam na Uniwersytecie Jagiellońskim, stwierdzam, iż pojęcie to nie zawiera imputowanych mu przez Dawida Pelega - a także inne osoby atakujące Radio Maryja - treści nie tylko antysemickich, ale również rasistowskich, skierowanych przeciwko jakiemukolwiek narodowi. Nie było jeszcze takiego przypadku, aby słowo "lobby" spowodowało żądanie potępienia tego, kto je użył. Warto w tym miejscu podkreślić także i to, że podobna ingerencja w wewnętrzne sprawy Izraela i żydowskich wspólnot religijnych ze strony Polski nigdy nie miała miejsca i jest wręcz niewyobrażalna. Takiej ingerencji polskiej nie było również w sprawie konfliktów zbrojnych na Bliskim Wschodzie z udziałem Izraela, które przyniosły śmierć tysięcy niewinnych ludzi i zmusiły do uchodźctwa kilka milionów, w tym ponad milion chrześcijan. A przecież żądanie zaprzestania walk i zadośćuczynienia za krzywdy wyrządzone niewinnym ludziom po obu walczących stronach jest obowiązkiem moralnym wszystkich społeczeństw, zwłaszcza chrześcijan, dla których Bliski Wschód oznacza miejsce Ziemi Świętej.
Żądania ambasadora D. Pel ega są spowodowane w dużej mierze postawą polskich władz i polskich polityków, którzy utajniają przed społeczeństwem problem roszczeń żydowskich skierowanych do Polski. Są także rezultatem nagonki na ojca T. Rydzyka, jaką podjęły w ostatnim czasie środowiska lewicowo-liberalne, odwołujące się do pojęcia antysemityzmu. Ich publikacje, a nade wszystko list skierowany do Watykanu, były donosem nie tylko na Ojca Dyrektora, ale również na Polskę i polskich katolików.
prof. dr hab. Anna Raźny
dyrektor Instytutu Rosji i Europy Wschodniej
Uniwersytet Jagielloński
Israel's ambassador to Poland, David Peleg, said the statements mark a setback in the progress Poland has made toward Jewish-Catholic reconciliation and in fighting anti-Semitism since the fall of Communism. He said extensive diplomatic efforts were under way to persuade Warsaw to condemn the priest.
"I think that this is the strongest anti-Semitic remark here in Poland since 1968," Peleg told The Associated Press. "We hope that the government, on one hand, and the Catholic church, on the other hand, will make a statement condemning this anti-Semitic remark."
Peleg has asked the office of Prime Minister Jaroslaw Kaczynski, as well as the foreign and justice ministries, to take action.
"I definitely think that one of the aims of Father Rydzyk is to damage the very important dialogue which Catholics and Jews have developed," Peleg said, adding that he would also meet Tuesday with a bishop in Lublin in charge of Jewish-Catholic dialogue.
Israel's ambassador to Poland, David Peleg, said the statements mark a setback in the progress Poland has made toward Jewish-Catholic reconciliation and in fighting anti-Semitism since the fall of Communism. He said extensive diplomatic efforts were under way to persuade Warsaw to condemn the priest.
"I think that this is the strongest anti-Semitic remark here in Poland since 1968," Peleg told The Associated Press. "We hope that the government, on one hand, and the Catholic church, on the other hand, will make a statement condemning this anti-Semitic remark."
Peleg has asked the office of Prime Minister Jaroslaw Kaczynski, as well as the foreign and justice ministries, to take action.
"I definitely think that one of the aims of Father Rydzyk is to damage the very important dialogue which Catholics and Jews have developed," Peleg said, adding that he would also meet Tuesday with a bishop in Lublin in charge of Jewish-Catholic dialogue.
Subscribe to:
Posts (Atom)